Uprowadzenie

Wpis znajomej na FB sprowokował mnie do wspomnień… Lata temu w moim rodzinnym mieście nakręcono film. Cytując recenzentów – „plejada polskich aktorów”. Śmieszne urywki dialogów krążą do dziś. Pół Piotrkowa poszło do (jedynego w mieście) kina „Hawana”, aby rozpoznać znane miejsca i znajomych statystów. A jednak wbrew temu, co zapamiętali widzowie, to nie była komedyjka z życia wyższych sfer, jedna z wielu produkcji kręconych w Piotrkowie Trybunalskim. Czytaj dalej

Opowiastka historyczna

Minął kilkudziesięcioletni okres panowania obcych. Polacy, trochę zmęczeni kryzysem, a trochę rozleniwieni późniejszym pozornym dobrobytem, zaakceptowali z ulgą nowe władze. Nie przeszkadzało im, że stało za nim obce Mocarstwo. Nie przeszkadzało im nawet to, że nowe władze Polakami gardziły, jedyną szansę widząc w przekształceniu ich obyczajów i poglądów na zachodni wzór.

Korzystając z chwilowych problemów Mocarstwa z islamskim państwem Czytaj dalej

7 sposobów na jeszcze lepszą prezentację

Jak zrobić poprawną prezentację? Każdy mniej-więcej wie, choć nie każdy stosuje: miej cel, mów wyraźnie, powtórz trzy razy… Ale co zrobić, aby twoja poprawna prezentacja stała się prezentacją mistrzowską? Jak sprawić, by słuchacz był skoncentrowany, zapamiętał co trzeba, nagrodził cię oklaskami, a potem zastosował nową wiedzę w życiu? Oto 7 sposobów do zastosowania od zaraz. Czytaj dalej

Jak się przedstawiać w czasie prezentacji, czyli historia bohatera filmowego

Wielu mówców popada w jedną z dwóch skrajności: albo mówią o sobie za dużo i cały czas, albo wcale. Słuchaczy zazwyczaj niewiele obchodzi, jakie mówca ma dyplomy i kogo zna. Chcą widzieć w nim fachowca, a najlepiej praktyka. Jak pokazać swoje doświadczenie i praktykę bez przechwałek i recytowania CV?

Oczywiście najlepsza jest Czytaj dalej

Wyższa szkoła kolorowania drwali

Znajoma nauczycielka zauważyła ostatnio z przerażeniem, że uczniowie zatracają umiejętność odpowiadania na pytania otwarte. Jeśli są podane cztery odpowiedzi, odrzucenie dystraktorów przychodzi z mniejszym lub większym trudem, ale odpowiedź w końcu pada. Gdy to samo pytanie (choćby najprostsze) pojawia się bez listy gotowców do wyboru – panika w oczach i dramat. Powód? Bardzo prosty: sformatowanie umysłów pod testy. Czytaj dalej

Nasi Odyseusze górą!

Wspaniała wiadomość: 3 marca 2013 r. drużyna Fundacji Korpus Kadetów (Julia, Karolina, Nina, Kacper, Paweł, Witek i Wojtek) zwyciężyła regionalne eliminacje Odysei Umysłu® w kategorii wiekowej 17+. Trenerami drużyny byli: Michał Brennek i Agata Rzędowska.

Odyseja Umysłu® to program edukacyjny w formie międzynarodowego konkursu, rozwijający umiejętność kreatywnego myślenia i pracy zespołowej. Jak piszą twórcy programu „warto kształcić inicjatorów, nie imitatorów, ryzykantów, nie replikantów, pomysłodawców, nie podwykonawców”. Warto? Też tak sądzę!

Teraz przed naszą korpusową drużyną 22. Finał Ogólnopolski w Gdańsku… a dalej to już tylko finał światowy w USA!

Książka miesiąca!

Marcin Popkiewicz, absolwent Studium Trenerskiego PRAECEPTOR i redaktor naczelny portalu „Ziemia na Rozdrożu” wydał w zeszłym roku książkę. Książkę o rzeczach ważnych – o tym jak nasz świat może wyglądać za chwilę i jak wpłynie to na Twoje życie. Widziałem jak powstawała, napisałem do niej przedmowę. I oto… Magazyn Literacki uznał, że „Świat na Rozdrożu” to książka miesiąca w kategorii literatura faktu! Marcinowi serdecznie gratuluję, a Ciebie zachęcam do zakupu i przeczytania „Świata…”, jeśli z jakichś tajemniczych powodów jeszcze tego nie zrobiłeś. Pobudza neurony, a ich właściciela wbija w fotel!

 

Lulajże, kasuniu

Z okazji nadchodzących wyprzedaży… tfu… z okazji Dnia Słońca Niezwyciężonego*… znów nie tak. Jakoś mi się zaczęło mylić. Trudno się jednak dziwić, skoro billboard sieci handlowej woła do mnie kolędowym cytatem „Hej prezenty, prezenty”, a skrzynka pęka od reklam ukrytych mało udolnie pod postacią życzeń świątecznych. Czytaj dalej

Od tańca do przywództwa

Ciekawą podróż odbyłem w tym tygodniu. Geograficznie nie była tak daleka, bo do innej dzielnicy tego samego miasta, ale kulturowo były to tysiące kilometrów i setki lat. Byłem z moją Córką na pokazie japońskiego tańca z wachlarzami (kino „Wisła” na każdy wakacyjny tydzień przygotowało dla dzieci coś japońskiego). Tańczyła Hana Umeda, Polka i Japonka w jednej osobie, oraz jej uczennica Magdalena Wolff ze szkoły tańca Nihon Buyo. Czytaj dalej

Syndrom 2 stycznia

Jak zacząć Twój Nowy Rok jeszcze dzisiaj? A może Ty też masz „syndrom 2 stycznia”? Sprawdź!

Podobno najwięcej stron internetowych na świecie to pornografia. Prawda to? Nie mam pojęcia… Moja prywatna statystyka (o wiele bardziej ułomna) podpowiada jednak, że najwięcej jest w Internecie motywacji.

Wpisy na Facebooku. Demotywatory. Prezentacje z cytatami na tle pięknych widoków. Hasła wyświetlane na górze ekranu co drugiej strony firmowej. Motywujące maksymy, artykuły i nagrania krążą po sieci chyba równie często, co piersi XXL i pompki do penisa.

Pewnie nie przesyłałeś nikomu dalej reklamy viagry, ale coś motywującego, znalezionego w sieci – na pewno. Forwardujesz otrzymane maile, lajkujesz refleksyjne wpisy na Facebooku, może nawet sam je umieszczasz. Czytaj dalej

Przeczytasz, czy poczekasz do wieczora?

Artykuł był taki sobie: jakaś straszna historia o zmarłych w tajemniczych okolicznościach alpinistach. Trudno powiedzieć, czy to prawda, czy miejska (a raczej górska) legenda. Wklejający ją na główną stronę copywriter znanego portalu postanowił podkręcić „klikalność” i opatrzył nagłówkiem: „Przerażające! Nie czytaj po zmroku!”. Nagłówek dostrzegłem dopiero po przeczytaniu całości (!) – bo ja wiem, czy był słuszny… Ciekawszy był jednak jeden z komentarzy pod tekstem. Autor wpisu albo był wkurzony, albo nie umiał się posługiwać klawiaturą, bo machnął całość z włączonym CapsLockiem: Czytaj dalej

Naszej klasie

Dwudziestolecie matury. Nasza klasa była matematyczno-fizyczna, więc nie da się pominąć matematycznego faktu, że od matury do dwudziestolecia czekaliśmy ponad pół życia.

Jasne, młodzieńczość nie jest kwestią metryki, ale przez ten czas świat zauważalnie się zmienił. Gdy zdawaliśmy maturę, nie było komórek, nikt nie miał bloga ani konta na facebooku… Co ja piszę, nie było w Polsce Internetu! Telefon czekał w domu, przypięty kablem do ściany, a do robienia zdjęć służył aparat fotograficzny (z kliszą na 36 zdjęć). Opisując to czuję się, jak archeolog…

Trochę obawiałem się tego spotkania, tyle się zmieniło… Czytaj dalej

Co znaczą te słowa?

„…one nic nie znaczą”, śpiewała kiedyś Kora. Ale nie będę dziś pisał ani o miłości z tej piosenki, ani o Korze, ani nawet o jej psie, choć ostatnio ma swoje pięć minut w mediach.

„Słowo przywołuje doświadczenie”, tego uczę na swoich szkoleniach. Wspomniany „pies” to tylko cztery przypadkowe litery, ale w Twojej głowie wywołują one konkretne wspomnienia. Może widok konkretnego psa? Może szczekanie? Potem przychodzą uczucia – przyjemne lub nie. Psa tak naprawdę nie ma, ale Ty uśmiechasz się lub denerwujesz zupełnie jak wtedy gdy stał obok Ciebie. Teraz wyobraź sobie, że chcesz z kimś o psie porozmawiać: dla Ciebie „pies” to ukochany domownik, dla niego groźna bestia. Albo odwrotnie, jak wolisz. Ustalenie wspólnego znaczenia słów to podstawa komunikacji.

Tyle teorii. Ale co ze słowami, które nic nie znaczą, albo błędnie użytymi? Czytaj dalej

Jado goście jado

Warszawa, rok 2015. Przygotowania do Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego idą pełną parą. Wprawdzie Warszawiacy narzekają na bałagan związany ze wznowioną budową II linii metra (oficjalnie – dla melomanów zjeżdżających z całego świata) i przekręty przy budowie lotniska dla przylatujących Japończyków, ale nic to. Ważne – mówią zgodnym chórem politycy partii rządzącej – że udało się zbudować w stolicy Narodową Halę Koncertową. Pod Pałacem Kultury stanęła Strefa Słuchacza, z wybudowaną na ten jeden jedyny raz Restauracją Wierzynka (organizatorzy stwierdzili, że Warszawa nie ma odpowiedniej oferty gastronomicznej, więc catering zapewnią specjaliści z Krakowa). Każdy posiadacz biletu na koncert dostał darmowe przejazdy stołeczną komunikacją, z tej okazji po raz pierwszy od Euro2012 umytą… Czytaj dalej

Studenci, co się prawdzie nie kłaniają

Patrzę i patrzę, oczy przecieram ze zdumienia, ale kolorowy plakat w PDF-ie nie chce zniknąć z mojego ekranu. 31 marca 2012 roku pod Baligrodem odbędą się – pod hasłem pojednania polsko-ukraińskiego – obchody 65. rocznicy śmierci Karola Świerczewskiego. Co ja piszę obchody, to będą – cytując plakat – „uroczystości patriotyczno-historyczne”.

Organizatorem tej imprezy jest stowarzyszenie o radosnej nazwie „Lepsze Dziś”. Krótki wywiad internetowy i dowiadujemy się, że Lepsze Dziś to inicjatywa rzeszowskich studentów politologii. Czytaj dalej

Jemioła, czyli ludzie zbędni

W popularnym dowcipie baca sprzedawał na targu owczarka.
-Bardzo ładny, gazdo. Kupiłbym. Ile byście za niego chcieli?
-Milion złotych.
Ludzie stukali się w czoło, śmiali, baca twardo ceny nie opuszczał. Któregoś dnia zjawił się bez psa.
-Sprzedaliście go, gazdo?
-Ano sprzedałem.
-Za milion?
-Za milion.
-Niemożliwe! Jak?
-Wymieniłem na dwa koty po pięćset tysięcy.

Mikroekonomia bacy i jego nieznanego kontrahenta zagościła na dobre w naszej gospodarce i życiu społecznym. Czytaj dalej

Uwolnij się od manipulacji – radzi profesor John W. Smith

Reguła autorytetu jest prosta: „zrób to co mówię, bo się na tym znam” (lub: „bo mam prawo wydawać ci takie polecenia”). Wiele eksperymentów potwierdziło, że ulegasz autorytetowi niezależnie od tego skąd pochodzisz i jakie masz wykształcenie. Wystarczy wspomnieć słynny eksperyment Stanleya Milgrama. Badani byli posłuszni autorytetowi naukowca w wykonaniu tak drastycznego polecenia, jak rażenie obcych, niewinnych ludzi prądem!

Oczywiście, samo posłuszeństwo autorytetowi to pozytywny efekt wychowania. Ufałeś autorytetowi rodziców (do pewnego wieku rodzic jest dla dziecka autorytetem absolutnym), potem autorytetowi „pani” w przedszkolu i w szkole…

Ciekawe jest jednak to, że na zewnętrzne oznaki autorytetu reagujesz bardzo podobnie, jak na rzeczywisty autorytet. Nie masz wystarczających możliwości, aby autorytet zweryfikować (albo zwyczajnie Ci się nie chce), więc sądzisz po pozorach. Jak mówi Biblia „człowiek widzi tylko to, co ma przed oczami”… Ulegasz więc nie tyle samemu autorytetowi, ile jego symbolom.

Wiele instytucji wykorzystuje ten nawyk posłuszeństwa oznakom autorytetu. Policjanci noszą mundury, sędziowie – togi i łańcuchy z orłem. Wiele funkcji czy ról społecznych posiada wymyślne tytuły. Przyznasz, że „profesor doktor habilitowany Jan Kowalski” brzmi o wiele poważniej, niż „Jan Kowalski, pracownik uczelni” a „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej” – niż „kierownik Polski”?

Przejrzyj wizytówki swoich znajomych i klientów, a zacznij od swojej. Rzadko spotkasz tam „sprzedawców”, „księgowych”, „prawników” czy prostych „kierowników”. O wiele częściej będą to wizytówki „doradców ds. kluczowych klientów”, „senior finance specialistów”, „junior legal counsellorów” i „account managerów”. Mam rację? Sprawdź…

To zjawisko jest też wykorzystywane inaczej. Polskie media zawsze gdy chcą przedstawić jakiś pogląd w dobrym świetle, podają że według badań popierają go „młodzi, wykształceni i z dużych miast”. Pogląd przeciwny, dziwnym trafem, popierają zawsze „ludzie starsi, z wykształceniem podstawowym, ze wsi” (czasem określa się to bardziej wykwintnie – „z małych ośrodków”). Ta metoda manipulacji ma dużą siłę rażenia, bo większość ludzi w Polsce chciałaby być „wykształcona”, znowu „młoda” i w dodatku „z dużego ośrodka”. Zwłaszcza gdy sprowadziła się tam z małego…

Oczywiście nie ma nic złego w powoływaniu się na prawdziwy autorytet, a nawet w używaniu jego oznak. Co innego, gdy jedynym celem takiego działania jest chęć oszukania, gdy tak naprawdę za oznaką autorytetu nie stoi prawdziwy autorytet. Gdy „Dyrektor Generalny” kieruje tylko sobą (a i to bez powodzenia). Gdy anglojęzyczna nazwa produktu lub firmy ma zasugerować zagraniczne pochodzenie. A nawet – skrajny przypadek, ale niestety prawdziwy – gdy osoba tytułowana „profesorem” to absolwent tylko szkoły średniej.

Jak bronić się przed manipulacją wykorzystującą regułę autorytetu?

Trudno byłoby Ci weryfikować za każdym razem prawdziwość używanych nazw i tytułów. Ciągła podejrzliwość byłaby przesadą, ale możesz zrobić coś prostszego. Gdy ktoś Cię do czegoś namawia, zapytaj sam siebie: czy zrobiłbym to, co mi sugeruje, gdyby nie „opakowanie” (tytuł, znane nazwisko, nazwa instytucji którą reprezentuje)? Czy przekonuje mnie argumentacja, czy jej otoczka? Czy przyjąłbym te same argumenty od „pana Józka z sąsiedztwa”?

Zwróć uwagę na ciekawe zjawisko. Bardzo często w mediach wykorzystuje się tzw. dyżurne autorytety. Ktoś może być utytułowanym badaczem literatury czy przyrody – ale czy to daje mu większe prawo do wypowiadania się np. w zakresie historii XX wieku, niż Tobie czy komuś innemu?

Czytając opinie ekspertów zadawaj sobie zatem pytanie: czy jest to ekspert z danej dziedziny? Czy wykorzystano jego fachowość (w porządku, to dla Ciebie cenna opinia), czy po prostu znane nazwisko? Pamiętaj też, że zawsze masz prawo zapytać kim jest ten „znany wszystkim prof. John W. Smith, fatuitolog z Uniwersytetu w Nusquam”. Masz też prawo nie wiedzieć, czym zajmuje się fatuitologia i gdzie leży to całe Nusquam…*

Czy szampon X myje włosy lepiej niż szampon Z, bo w reklamie używa go znana piosenkarka Igrekowska? I czy piosenkarka Igrekowska jest większym autorytetem w dziedzinie mycia włosów, niż na przykład pani Ela z księgowości?

Odróżniaj prawdziwy autorytet od fałszywego. Prawdziwy autorytet jest Ci potrzebny. Warto przecież korzystać z rad kogoś, kto wie więcej od Ciebie, choć oczywiście decyzję podejmiesz samodzielnie. Fałszywy autorytet zawsze zaprowadzi Cię jednak tam, gdzie nie chcesz się znaleźć. Jak każda manipulacja…

Jerzy Rzędowski

PS. Pewnie domyślasz się, że nie ma takiej dyscypliny nauki jak fatuitologia. Wymyśliłem ją na potrzeby tego artykułu (łac. fatuitas – ‘głupota’). Najwięcej fatuitologów mieszka oczywiście w Nusquam (łac. ‘nigdzie’). Czytanych przez Ciebie gazet i portali internetowych nie będę Ci jednak tłumaczył – sam znajdź w nich manipulację!

Czego boją się kiepscy mówcy (a wielcy – po mistrzowsku wykorzystują)

Co takiego robią Wielcy Mówcy, że są słuchani i zapamiętywani? Dlaczego ich przemówienia i szkolenia mogą zmieniać Twoje życie? Czego nie robią przeciętniacy, których od razu zapominasz? Na czym polega różnica?

Zauważyłem, że są trzy typy historii, których niektórzy mówcy unikają. Boją się ich, czasem nawet nie wiedzą, że można je wykorzystać w przemówieniu lub prezentacji. Tymczasem wielcy mówcy, eksperci wywierania wpływu w wystąpieniach publicznych, właśnie na takich historiach budują całe swoje seminaria! W efekcie ci wielcy (jak Kevin Hogan czy Joe Vitale) są rozchwytywani i zapraszani na całym świecie, cytuje się ich często i podaje jako przykład, a cała masa przeciętniaków pojawia się i znika jeszcze szybciej z rynku szkoleń i wystąpień publicznych.

Co takiego robią wielcy mówcy, czego nie robi cała reszta?

Po pierwsze: Wielcy mówcy pokazują osobowość (a reszta – tylko opakowanie)

Kilka lat temu rozmawiałem z moim kolegą Grzegorzem o różnych szkoleniach. Grzegorz często uczestniczy w różnych szkoleniach, sam też uczy ludzi jako wykładowca akademicki. Rozmawialiśmy o tym, jak różny jest poziom mówców biznesowych, padały różne nazwiska i przykłady. W końcu Grzegorz powiedział: „W naszej firmie był taki jeden trener, ech, szkoda gadać… Zanim przeszedł do rzeczy, opowiadał o tym jakie to on ma dyplomy, certyfikaty, jakich to on kursów nie kończył i tak dalej. Połowa miała jakieś wymyślne angielskie nazwy, drugiej połowy nie zapamiętałem. A potem przechwalał się gdzie to on nie był, kogo to on nie zna i czego on to nie robił”.

Od tamtego czasu minęło parę lat, ale zjawisko opisane przez Grzegorza zjawisko jest nadal obecne. Wystarczy przejrzeć tylko strony internetowe firm szkoleniowych.

Zapewne ich autorzy czytali kiedyś Cialdiniego i doszli przynajmniej do rozdziału o „regule autorytetu”: ulegamy tym, którzy mają władzę lub wiedzę, albo tylko sprawiają takie wrażenie przez swoje „opakowanie”. Sama reguła jest oczywiście prawdziwa i ponadczasowa. Autorzy takich „tytułomaniackich” publikacji i wystąpień zapomnieli tylko o jednym: dziś jesteśmy zewsząd bombardowani wymyślnymi nazwami, tytułami i certyfikatami. Nawet zwykłe mydło jest „hipo-bio-cośtam”, przebadane przez Międzynarodowy Instytut Czegoś-Tam, a dowolny dyplom można dostać  bez większego trudu w ciągu najdalej kilku miesięcy.

Zatem – jako słuchacze już obojętniejemy na przechwałki w tytułach i nazwach. Nigdy jednak nie zobojętniejemy na ludzi z pasją. Tak samo, jak nigdy nie przestaniemy (my – ludzie) szukać ciągle nowych informacji.

Przejdź się do najbliższego kiosku z gazetami i przyjrzyj się tematom z okładki. Dowiesz się co interesuje ludzi. „Znana artystka ma nowego chłopaka”, „Córka prezydenta zataiła, że jest instruktorką tańca”, „Tajne szwajcarskie konta księdza X”. Plotki, rodzinne tajemnice, nieznane fakty. Ciekawość, czasem niezdrowa, leży w ludzkiej naturze. Gdy dowiadujemy się o czymś, co nie jest powszechnie znane, czujemy się w jakiś sposób wyróżnieni. Plotkarskie gazety to nadal tylko opakowanie – tanie sensacyjki, często wyssane z palca. Ale mają czytelników, bo ludzie chcą wiedzieć więcej, niż to co powszechnie znane.

Jak to wykorzystują wielcy mówcy? Jak ty możesz to wykorzystać? Opowiedz zebranym o sobie. O tym, w jakim celu się tu zjawiłeś i jak do tego doszło. Gdy prowadzę szkolenia z wystąpień publicznych, opowiadam prawdziwe historie z mojego życia, gdy po raz pierwszy występowałem publicznie – i mówię, że jestem tu, ponieważ wiem, że wiele osób było w podobnej sytuacji i chcę im pomóc. To jest szczera prawda i słuchacze to wyczuwają. Wiem też od nich, że takie opowieści dają nie tylko sporo śmiechu, ale i dużo otuchy. Dlaczego? Ponieważ okazuje się że nie trzeba być „urodzonym mówcą”, że wiele można się po prostu nauczyć.

Po drugie: Wielcy mówcy odważnie podchodzą do tematu (a reszta – boi się tego, co myśli publiczność)

Gdy przemawiasz do większej grupy, nigdy nie masz do czynienia z jednolitością poglądów. Będą ludzie „spijający słowa z twych ust” – i będą tacy, którzy mają wątpliwości.

Powiedz o tym głośno! Nie pomijaj milczeniem kontrowersyjnych poglądów – zamiast tego potwierdź doświadczenie słuchaczy, czyli to że zetknęli się z opiniami odmiennymi od twoich. Jeśli sam miałeś wątpliwości lub nawet przeciwne zdanie – powiedz o tym, a wtedy bardziej wiarygodnie zabrzmi twoje obecne stanowisko. Wielcy mówcy o tym wiedzą i robią to – cała reszta boi się tak zrobić, bo uważa że to oznaka słabości.

Kiedyś, gdy zaczynałem prowadzić szkolenia, unikałem tego typu historii. Bałem się, że przytaczając argumenty przeciwne lub choćby wspominając o wątpliwościach, osłabiam swój główny przekaz. Jednak zawsze w sali znajdowała się osoba zadająca dużo dociekliwych pytań – z uprzejmości nie chciałem jej zbywać milczeniem, więc przeradzało się to w „strzelankę” na poglądy.

Dziś sam wspominam o kontrowersyjnych poglądach, przytaczam je i podaję swoje argumenty. W ten sposób „rozbrajam” większość wątpliwości. Ba, jeśli znajdę jakiś krytyczny artykuł na temat  dziedziny, którą się zajmuję, czasem sam podsuwam go kursantom! Robię to ponieważ po pierwsze tak jest uczciwiej, a po drugie – paradoksalnie, wzmacnia to mój zasadniczy przekaz. Chwytaj więc byka za rogi – mów: „Wiem, że w sali są osoby które myślą X i tacy którzy myślą Y”, „Mój kolega uważał, że…”, „Sam kiedyś twierdziłem że…” – oczywiście jeśli tak było – i pokaż sposób w jaki ty lub wspomniane osoby dochodziliście do obecnych wniosków. Po prostu mów prawdę!

Po trzecie: Wielcy mówcy opowiadają o wartościach w działaniu (a cała reszta – ględzi o samych wartościach)

Przeczytałeś to, co napisałem akapit wyżej – o tym jak sam się bałem mówić o wątpliwościach, a teraz mówię o nich szczerze i to daje efekty. Wiesz więcej o mnie, wiesz więcej o wartościach które mną kierują i podejrzewam, że je bardziej rozumiesz.

teraz wyobraź sobie, że zamiast tego napisałbym Ci tylko: „Należy szczerze dzielić się wątpliwościami, ponieważ jest to uczciwe, a także daje efekty i jest ważne dla wiarygodności mówcy.”

Jest różnica? Moim zdaniem – kolosalna!

Wartości są niezwykle silnym motywatorem. Ich siła motywacyjna polega jednak na tym, że przejawiają się w działaniu. Verba docent – exempla trahunt. Słowa uczą – przykłady pociągają. Jeśli przekazujesz coś, co jest dla ciebie ważne – pokaż, jak się ta ważność objawia. Opowiedz o wartościach w działaniu, zamiast tylko o nich ględzić.

Gdy mówisz o wartościach w działaniu, pokazujesz jakiś przykład (z życia swojego lub innej osoby), jest to bardziej wiarygodne. Widać, że nie przeczytałeś tego tylko w książce, ale przeżyłeś i przemyślałeś.

Pokazałem ci trzy różnice w podejściu do wystąpień publicznych. Można pokazywać swą osobowość – a można tylko opakowanie. Można podchodzić do tematu odważnie – a można tchórzyć i przemilczać niewygodne kwestie. Można opowiadać o wartościach w działaniu – a można tylko o nich ględzić.

Sprawdź, w jakim stopniu taka wiedza przyda Ci się, gdy będziesz prowadzić prezentacje, szkolenia lub inne wystąpienia publiczne. Mnie przekonuje to, że sami wielcy (wspomniani Hogan i Vitale) stosują ją wciąż w swoich seminariach na całym świecie, budując fantastyczną więź ze słuchaczami i – powiedzmy to głośno! – zmieniając ich życie.

Jerzy Rzędowski

Jak bronić się przed manipulacją?

Czy zdarzyło Ci się zrobić coś, a potem stwierdzić „zmanipulowano mnie”? Czy zdarzyło Ci się napalić na jakiś zakup, kupić, a potem stwierdzić że to nie była dobra decyzja? A może oglądając reklamy lub słuchając wystąpień polityków czujesz przez skórę, że to manipulacja? Może myślisz czasem „oni robią ludziom wodę z mózgu”, ale nie do końca wiesz, jak się przed tym bronić?

Eksperci zajmujący się sektami (a więc manipulacją bardzo szkodliwą, a zarazem bardzo profesjonalnie uprawianą) twierdzą, że nie ma ludzi w pełni odpornych na manipulację. Są, owszem, grupy podwyższonego ryzyka, ale  nawet jeśli do nich nie należysz, Ty też niejeden raz ulegasz manipulacji. Nie ma ludzi odpornych, ale są mniej i bardziej uświadomieni.

Manipulacja jest widoczna nie tylko w tak skrajnych przypadkach, jak sekty czy ustroje totalitarne. Na manipulację możesz trafić codziennie, czytając gazety, oglądając telewizję, rozmawiając z innymi. Jest obecna w mediach, w pracy, w relacjach z ludźmi, nawet w domu. Manipulacja występuje wtedy, gdy ktoś w ukryty sposób ogranicza Twój wybór.

Wcale nie musi to być sekciarski guru. Może to robić Twój klient, na przykład przez:
•    groźbę („Albo mi Pani to zaraz załatwi, albo ja was urządzę!”)
•    pochlebstwo („Jest Pan Tu jedyną kompetentną osobą, więc mi Pan to załatwi.”),
•    posłużenie się argumentem, którego nie możesz sprawdzić, ale też nie możesz obalić („A pani w infolinii powiedziała, że u Pani to załatwię.”),
•    szantaż emocjonalny („Jak mi Pan tego nie załatwi, to nie wiem co sobie zrobię…”)
– i na wiele innych sposobów.

Czy każde wywieranie wpływu jest manipulacją? Nie! Czym innym jest szlachetna, starożytna sztuka przekonywania, dobierania argumentów, dostarczania motywów do działania – dzisiaj nazywana perswazją – a czym innym manipulowanie. Perswazja i manipulacja nie różnią się metodami, które w obu przypadkach mogą być podobne. Jest natomiast ogromna różnica w intencji.

Perswadujący przekonuje po to, by obie strony osiągnęły korzyść. Przekonywany jeszcze nie odczuwa tej korzyści, więc perswadujący chce mu ją uzmysłowić. Gdyby był na miejscu swego rozmówcy – uległby, bo widzi w tym sens.

Manipulator natomiast ma gdzieś korzyści manipulowanego. Przekonuje, by zaspokoić swoje interesy. Gdyby był na miejscu swego rozmówcy – oczywiście sam nie uległby, bo wie że to ściema. „Etyczna manipulacja” to zatem coś jak „suchy śnieg” albo „czysty brud”.

Zostawmy ograne przykłady typu „nóż, którym możesz pokroić chleb lub zabić człowieka”. Zwróć uwagę, jak wiele metod ukrytego wpływu stosują rodzice wobec swoich dzieci, a więc istot które kochają. „Założymy piżamkę i po umyciu ząbków pójdziemy spać”. „My”? Liczba mnoga dla zwiększenia motywacji, klasyka wpływu opartego na wywołaniu wrażenia wspólnoty celów. „Po umyciu ząbków pójdziemy”? Klasyczna presupozycja. Czy świadomie, czy nie, rodzice robią to ze szlachetnych pobudek. Chcą by ich dziecko było zdrowe i wypoczęte, podobnie jak oni sami. Obie strony wygrywają.

A przecież dokładnie te same metody mógłby zastosować nieuczciwy polityk. „Drodzy rodacy, gdy tylko wspólnie zrobimy to-i-to, będziemy mieli to-i-tamto”. Podstaw sobie, Czytelniku, co chcesz pod „to-i-to” oraz „to-i-tamto”; codzienne media dostarczą Ci inspiracji. „Wspólnie”? „Gdy tylko”? Znów klasyczna presupozycja wzmocniona liczbą mnogą, ale intencje zupełnie inne. Tak naprawdę chodzi o głos w wyborach i procenty w sondażach. Jedna strona wygrywa, druga zostaje oszukana i wykorzystana. Jest różnica w porównaniu z poprzednim akapitem? Kolosalna!

Rozróżnienie perswazji i manipulacji jest więc proste. Jak uniknąć tej drugiej? Oto 5 (i jeszcze jedna) zasad samoobrony przed manipulacją.

Zasada nr 1: poznaj mechanizmy wywierania wpływu

Wiedza nie oznacza jeszcze działania, ale w przypadku obrony przed manipulacją wiedza jest podstawową bronią. Zjawiska wykorzystywane zarówno w perswazji, jak i w manipulacji są podobne, a do tego bardzo proste. Być może znasz książkę Roberta Cialdiniego „Wywieranie wpływu na ludzi – teoria i praktyka”, w której wszystkie te zjawiska i techniki zostały opisane.

Swoją drogą, ciekawa jest historia tej książki. Cialdini napisał ją po to, by ludzie mogli się dzięki niej bronić przed manipulacją. Nie minęło wiele czasu, jak „Wywieranie wpływu” stało się „biblią manipulacji”, podstawowym podręcznikiem na kursach dla handlowców, marketerów i polityków. Wiedza o mechanizmach wywierania wpływu jest na wyciągnięcie ręki, w każdej księgarni. I co? I nic…

Czy będziesz świadomym konsumentem, czy kolejnym doświadczalnym królikiem dla speców od marketingu?

Zasada nr 2: patrz z różnych punktów

Większość z nas analizuje sytuację tylko z tzw. pierwszej pozycji percepcyjnej, czyli z własnego punktu widzenia.  To naturalne, ale odbiera nam obiektywizm.

Wykorzystaj więc tzw. pozycję drugą (wyobraź sobie, że jesteś na miejscu swojego własnego rozmówcy – widzisz i słyszysz siebie z jego miejsca) i trzecią (wyobraź sobie, że jesteś zewnętrznym obserwatorem – widzisz i słyszysz zarówno siebie, jak i swojego rozmówcę).

Specjaliści od pozycji percepcyjnych wyróżniają jeszcze „pozycję sztuczną” (wyobrażasz sobie, jak patrzyłaby na to inna osoba będąca w Twojej sytuacji) i „czwartą pozycję” (obserwatora, który dodatkowo zna kontekst danej rozmowy i przyszłe konsekwencje zachowań rozmówców). Posługiwanie się tą metodą wymaga ćwiczeń, ale pozwoli Ci spojrzeć na więcej sytuacji z dystansem.

To może wydawać się skomplikowane, ale jak się ma do obrony przed manipulacją? Manipulator chce zawęzić Twoje postrzeganie świata. „Kup teraz, bo za chwilę okazja się skończy.” „Zrób to, bo nie masz innej możliwości.” Czy na pewno nie masz? Nie dowiesz się tego, jeśli nie dasz sobie możliwości obejrzenia sytuacji z różnych punktów widzenia.

Zasada nr 3: miej świadomość własnych potrzeb

Ludzie ulegają manipulacji nie dlatego, że są źli lub głupi, ale dlatego, że manipulator obiecał zaspokoić jakieś ich niespełnione potrzeby. Przykłady?

Nowa pracownica w zespole wykonuje pracę za koleżanki notorycznie proszące ją o „pomoc” – bo chce zyskać akceptację. Jednak w ten sposób nieświadomie uczy je, że warto ją wykorzystywać.

Szef daje się zakrzyczeć jednej z podwładnych i przydziela innym pracownikom jej zadania, bo chce mieć święty spokój. Ale czy go ma dzięki temu? Przez jakiś czas może tak, ale zaraz  narazi się na niezadowolenie załogi.

Pracownik obsługi Klienta jest łasy na pochlebstwa i dlatego stronniczo nagina procedury na rzecz wybranych osób. Przez to naraża się jednak na reprymendę od szefa i pretensje pozostałych Klientów, gdy sprawa wyjdzie na jaw.

Te osoby mają bardzo dobre intencje, tylko wybierają nieskuteczny sposób – najczęściej dlatego, że nie znają innych rozwiązań.

Trzecim sposobem samoobrony przed manipulacją jest więc świadomość swoich potrzeb i swoich praw. Uleganie manipulacji nie załatwia tych potrzeb ani nie rozwiązuje problemów, a jedynie „odkłada je na potem”. Zastanów się zatem: jak skutecznie zaspokoić te same potrzeby w inny sposób? I czy decyzja którą właśnie chcesz podjąć na pewno w ogóle je zaspokaja?

Zasada nr 4: naucz się asertywnej komunikacji

Ten artykuł nie jest skróconym kursem asertywności, więc będę się tu streszczał. Asertywność to nie jest „trening chamstwa dla nieśmiałych”, jak myśli wiele osób. Nie jest to również wyłącznie umiejętność mówienia „nie”, jak myśli jeszcze więcej osób. Asertywność to otwarte wyrażanie swoich uczuć i poglądów z szacunkiem dla siebie i dla drugiej strony. Tyle mówi definicja. A w praktyce?

Kluczowe będą dla Ciebie trzy metody: asertywna odmowa, asertywne stawianie granic i asertywne korzystanie z praw. Pierwsza pozwoli Ci powiedzieć „nie” gdy ktoś będzie próbował zawęzić Twój wybór i wmówić Ci, że nie masz innego wyjścia niż powiedzieć „tak”. Druga pozwoli Ci działać znacznie wcześniej, czyli już wtedy, gdy ktoś dopiero zacznie Tobą manipulować. Dzięki trzeciej zrozumiesz, że w ogóle masz prawo do własnego zdania i nauczysz się rozpoznawać manipulację w otoczeniu.

Te trzy sposoby na lepszą komunikację pomogą Ci zachować wolność decydowania nawet wtedy, gdy druga strona wykorzystuje przewagę, którą ma nad Tobą (autorytet, miejsce w hierarchii, związek emocjonalny itp.). „Mogę Ci odmówić lub mieć inne zdanie i nadal możemy pozostać przyjaciółmi” to dewiza, która może uratować wiele ważnych dla Ciebie spraw.

(O tych technikach – i wiele, wiele więcej – dowiesz się ze szkoleń Bartłomieja Stolarczyka, autora książki „Naucz ich jak mają cię traktować! Praktyczny podręcznik asertywności”. Nie znam lepszych treningów asertywności, niż treningi Bartka, więc gorąco Ci je polecam.)

Zasada nr 5: szukaj alternatywnych rozwiązań i dokonuj wyboru

„Jeśli masz tylko jedno wyjście – jesteś robotem. Jeśli masz tylko dwa wyjścia – masz dylemat. Dopiero kiedy masz trzy lub więcej rozwiązań – jesteś naprawdę wolnym człowiekiem”.

Najczęściej manipulacja polega na stworzeniu wrażenia, że nie masz wyboru („znam się na tym, jestem autorytetem – więc nie masz wyjścia, musisz mnie posłuchać, albo okażesz się nieokrzesanym ignorantem”, „promocja trwa tylko do jutra – nie masz wyjścia, musisz dzisiaj kupić albo stracisz”).

Korzystając z rady nr 2 („Patrz z różnych punktów”) i wchodząc w pozycję obserwatora spisz wszystkie możliwe rozwiązania danej sytuacji, także te sprawiające wrażenie niekorzystnych. Przeanalizuj konsekwencje każdego z nich i dopiero wtedy dokonuj wyboru. „A co by się stało, gdybym tego nie zrobiła?”, „A co będzie, jeśli zrobię inaczej, niż mi radzisz?”

Czasem manipulant wywołuje wrażenie, że daje Ci wybór. Moim ulubionym przykładem są internetowe reklamy nietypowych produktów, na przykład szkoleń.

Autor oferty podaje na końcu jakąś astronomiczną cenę („to wszystko jest warte 14.000 zł”), po czym skreśla ją i ogłasza „niesamowitą promocję” lub „oszałamiający rabat cenowy” (cokolwiek to znaczy) z ceną znacznie niższą. Sezonowa obniżka, premie dla pierwszych klientów – OK, to uczciwa motywacja do szybkiego zakupu. Ale skąd ta cena na początku? Jaki jest jej cel, poza oszukaniem klienta że „aż tyle oszczędza”?

Odmianą tego chwytu są „szkolenia z dofinansowaniem” (czyim? tego reklama już nie podaje… czyżby dlatego, że to oszustwo?). W tym przypadku jest drugie dno: gdyby urząd skarbowy dowiedział się że uczestnik skorzystał z jakiegoś „dofinansowania” (poza oficjalnymi programami publicznymi), kazałby takiej osobie zapłacić podatek od różnicy obu cen. Ciekawe jak by się tłumaczyła…

Zasada dodatkowa: mimo wszystko korzystaj z okazji

Bardzo często osoby zaczynające uświadamiać sobie istnienie zjawisk manipulacyjnych postanawiają za wszelką cenę bronić się przed wpływem innych osób. Nie korzystają z promocji w sklepach, wyłączają telewizor gdy zaczynają się reklamy. Każdego kto przychodzi z jakąkolwiek propozycją traktują jak manipulanta, odruchowo szukając „chwytów” językowych w każdym zdaniu.

Tę postawę można oczywiście zrozumieć, ale jest ona, niestety, skazana na porażkę. Nie da się nie ulegać wpływowi, bo cała komunikacja to jeden wielki wpływ. Ja wpływam na Ciebie słowami w tym tekście, a gdy przyjdziesz na moje szkolenie – sposobem mówienia czy wyglądem skryptu. Nawet tym, że na szkolenie przyjdę w garniturze, a nie w brudnym dresie! W brudnym dresie powiedziałbym Ci to samo, ale w garniturze jestem dla Ciebie bardziej wiarygodny i – mam nadzieję – sympatyczniejszy…

Zrobię to po to, by szkolenie było dla Ciebie przyjemniejsze i skuteczniejsze, a nie po to, by podstępnie wydobyć od Ciebie PIN do Twojej karty. Kradzieżą PIN-ów zajmuje się przecież moja konkurencja.

Żartuję 🙂

Zwróć uwagę – od razu wiedziałeś, że to żart (może nawet się oburzyłeś), ale odruchowo mogłeś wyobrazić sobie tajemniczą „konkurencję” kradnącą PIN lub majstrującą przy bankomacie. Tak też działa manipulacja – niby wiesz, że coś jest nie tak, ale podświadomość płata Ci figle…

Zdobywaj wiedzę o wywieraniu wpływu, od czasu do czasu zdystansuj się w myślach i patrz na sytuację chłodniejszym okiem. Miej świadomość swoich potrzeb, naucz się asertywnej komunikacji i zawsze pamiętaj, że masz wybór.

I właśnie dlatego, że to daje Ci większe bezpieczeństwo – korzystaj z szans. Rozważaj argumenty partnera w negocjacjach (np. trudnego Klienta) i dawaj sobie prawo ich uwzględnienia, gdy uznasz je za sensowne. Śmiało wchodź do sklepów (niekoniecznie po to, by w ferworze przedświątecznych promocji kupić torebkę „przecenioną” z 600 zł na 499 zł, skoro wiesz, że w listopadzie kosztowała 300 zł i w styczniu wróci do tej ceny).

To trochę jak z dziewczyną, która marzy o cudownym mężu, ale boi się tego, co psychologowie z podejrzaną lubością nazywają „toksycznym związkiem”. Najbezpieczniej dla niej byłoby w ogóle unikać kontaktów z mężczyznami, bo to stuprocentowy sposób na uniknięcie związku z jakimś pijakiem i draniem. Ale przecież wtedy straciłaby również szansę na poznanie kogoś wartościowego. I co nasza bohaterka ma zrobić, jak myślisz?

Jerzy Rzędowski

PozorniE(CO)

W życiu nie pomyślałbym, że porządki mogą być takie kształcące. Urządzając od nowa gabinet zrobiliśmy z Żoną ostrą selekcję zgromadzonych materiałów z konferencji i szkoleń, co zaowocowało wyniesieniem z domu ponad 200 kilogramów makulatury.

Żeby nie sięgać daleko wstecz – z ostatniej konferencji na temat przywództwa przybyła mi wręczona wraz z identyfikatorem ponaddwukilowa paczka folderów, teczek i broszur (oczywiście full-colour na najgrubszym papierze świata) i ze trzy reklamowe długopisy. Niby nic, niby drobiazg, ale po pomnożeniu przez liczbę uczestników i liczbę takich eventów robi się z tego pokaźna ilość odpadów. Odpadów, bo przecież chyba nikt nie wierzy, że choćby jeden procent uczestników po powrocie z konferencji czyta te materiały lub jakoś gruntowniej z nich korzysta. Lądowanie na śmietniku jest więc kwestią czasu – jedni robią to od razu, inni wolą się pooszukiwać „może się jeszcze przyda” i czekają do najbliższych gruntownych porządków.

Merytorycznego materiału nie było we wspomnianej paczce ani jednego – ani jednego! Z porządkowej pożogi ocalał tylko jeden smętny notatnik (10% powierzchni to reklama firmy, na reszcie można pisać). Wszystko inne – reklamówki „partnerów” i „patronów” – trafi do recyklingu…

…o ile oczywiście okaże się, że poza chlorem i barwnikami jest w nich coś papierowego. Nie da się tego świństwa nawet podrzeć bez użycia nożyczek. Spece od marketingu najwyraźniej wymyślili, że jak coś ma format większy niż A4 i jest pokryte błyszczącym foliolaminatem (czort zresztą wie, co to jest i jak się nazywa), to klient chętniej to przejrzy wdrukowując sobie w mózg logotypy i przypisane do nich reklamowe slogany.

Zastanawiające jest to, że ludzie podejmujący decyzje skutkujące przerobieniem topniejących zasobów Ziemi na kilometry sześcienne odpadów i hektolitry toksyn, sami – tak prywatnie – deklarują jak najbardziej proekologiczne postawy.

Ci sami ludzie, którzy od czasu do czasu, w przypływie altruizmu lub wyrzutów sumienia zanoszą do kontenera torebkę z posegregowanymi śmieciami – opracowują w pracy formularze na dziesięć stron, choć ta sama treść zmieściłaby się na czterech.

Ci sami, którzy lajkują na FB akcje w rodzaju „Jestem za ekojazdą” – obtrąbią samochód dojeżdżający 60 km/h do czerwonych świateł wyprzedzając go na pełnym gazie, żeby za 100 metrów ostro zahamować i poczekać na tym samym skrzyżowaniu dwa auta bliżej.

Ci sami, którzy w dyskusjach opowiadają o dziurze ozonowej i ociepleniu (och, to takie modne…), jednocześnie zadają szyku wypasioną terenówką, która wprawdzie nie widziała „terenu” (i dobrze, lakier by się poobcierał), ale za to ma trzylitrowy silnik. Ostatnio nawet widziałem taką terenówkę na parkingu, oklejoną jako własność firmy z „eko-” w nazwie.

To właśnie ekologia w praktyce. Nie akcje ratowania wielorybów gdzieś za oceanem. Nie wyłączanie żarówek na „Godzinę dla Ziemi”. Nie – żenada absolutna – zamawianie teczek z nadrukiem udającym tekturę z odzysku.

Ja wiem, łatwiej powiesić na stronie internetowej szczytną eko-misję, niż przy kolejnej wymianie floty zamienić duże służbowe kombi na palące o połowę mniej auta z segmentu A. Łatwiej sponsorować konferencje o „społecznej odpowiedzialności biznesu”, niż przestać rozdawać w hurtowych ilościach gadżety made in China (ostatnio dla niepoznaki made in PRC), które rychło zasilą śmietniki. Łatwiej „pochylić się z troską nad problemem emisji gazów cieplarnianych”, niż wziąć kalkulator i policzyć, ile CO2 wyemituje samolot lecący z tymi gadżetami z dalekiej Azji. Łatwiej na końcu służbowych maili dodawać automatyczne apele o ich niedrukowanie, niż radykalnie urwać w firmie produkcję śmieci.

Generalnie: znacznie łatwiej opowiadać dyrdymały o swoim ekologicznym zaangażowaniu, niż po prostu zrezygnować z głupich nawyków.

Ale nie chodzi tylko nierozsądne decyzje firm. Bo – czego oczekują klienci?

Pytam wprost: czego TY oczekujesz jako klient?

Czy zamiana samochodów przedstawicieli handlowych Twojego dostawcy na mniejsze wzbudziłaby u Ciebie szacunek za ekologiczną decyzję, czy pytania o kondycję finansową firmy?

Czy zaakceptowałbyś czarno-białe materiały szkoleniowe (wydruk w opcji „ekonomicznej”) na papierze z odzysku? Czy nie brakowałoby Ci kilkudziesięciostronicowych zrzutów PowerPointa z trzema slajdami i wielgaśnym kolorowym logo na każdej stronie?

Czy wolałbyś materiały konferencyjne w formie jednego pendrive’a zamiast błyszczącej torby z lakierowanymi folderami?

Bo jeśli nie, to dajmy sobie spokój z tymi wszystkimi szczytnymi deklaracjami na firmowych witrynach, z kupowaniem eko-żarcia, wkręcaniem świetlówek zamiast żarówek i lekcjami ekologii dla dzieci już od przedszkola. To tylko malowanie trawy na – nomen omen – zielono. Dwieście kilo konferencyjnej makulatury przed domem jednego skromnego uczestnika: to twardy fakt.

Bramka

Siedzę w recepcji szklanego biurowca w śródmieściu Warszawy. Marmury, chromy, skórzane kanapy – oraz kamery i metalowe bramki, jak na nowoczesnym dworcu czy w metrze. Kojarzysz, to te bramki z trzema obrotowymi drążkami, które nigdy nie otwierają się za pierwszym razem. Musisz najpierw obić sobie udo, cofnąć i spróbować jeszcze raz, a wtedy Cię puszczą, na do widzenia uderzając w pośladek. Bramki służą do sprawdzania identyfikatorów, bo kto nie ma identyfikatora, ten nie odblokuje safe-drążków nawet za dziesiątym razem. Walka z terroryzmem trwa! Pancerne zagony Al-Kaidy rozbiją się na bramce nie mając karty magnetycznej – oczywiście jeśli będą chciały zamachnąć się terrorystycznie na jedną z kilkudziesięciu firm wymienionych na tablicy w hallu biurowca.

Na razie zamiast Al-Kaidy na bramkach rozbija się jednak kurier z firmy spedycyjnej. Projektant bramek (umieszczonych w tysiącach miejsc w Polsce) nie przewidział bowiem, że przez bramki znacznie częściej od samochodu-pułapki będzie przejeżdżał całkiem nieszkodliwy wózek. Patrzę więc, jak kurier dźwiga wózek z paczką (na oko kilkadziesiąt kilo) na wysokość metra i sapiąc przenosi go nad bramkami, tradycyjnie obijając sobie drążkami uda.

Oczywiście żaden z ochroniarzy nie rusza z pomocą. O nie, oni do wyższych celów są powołani. Uzbrojeni w radiotelefony czuwają, by nie przeszkodził wróg i kukają z ciekawością, czy kurier się wywali czy nie. Nie wywalił… Za bramkami opuścił ładunek na posadzkę i szczęśliwie dotarł do wind – o dziwo, oznaczonych jako dostępne dla niepełnosprawnych. Jeśli jakiś niepełnosprawny teleportowałby się przez bramki (bo chyba nie przeniósł wózka nad nimi, wzorem pana kuriera), mógłby sobie bowiem pojeździć windą.

W „Dniu świra” bohater usiłuje skorzystać z toalety w pociągu. „A jeśli Polska to ta ojszczana klapa?” – zastanawia się Adaś Miauczyński, walcząc z brudem i grawitacją.

A jeśli Polska to te kretyńskie bramki? Było sobie przejście – było, aż ktoś postanowił nakładem sił i środków je pogorszyć, stawiając barierę. Poza producentem bramek nikt na tym nie skorzystał. Goście obijają się wchodząc i wychodząc, administrator budynku musi to-to konserwować. W dodatku bramka przed niczym nie chroni – przecież obija tyłki tylko posiadaczom ważnych identyfikatorów. Dla desperata chcącego nabluzgać prezesowi urzędującemu na -nastym piętrze to żadna przeszkoda.

Podobnie jest z bramkowymi zasiekami na dworcach i w metrze. Kto biletu nie ma, ten i tak bramkę omija, przeskakując górą lub otwierając przejście awaryjne. To nielegalne, fakt – ale wejście na gapę jeszcze bardziej…

A jeśli Polska – a jeśli świat – to te kretyńskie bramki? Nikt ich nie chce, ale wszędzie się je stawia. Nikt nie wie, jaką „added value” przynoszą firmie, ale lekką ręką wydaje się na ich montaż kasę zabraną z funduszu szkoleniowego lub planowanych podwyżek dla pracowników.

Niby nic, taka zwykła chromowana bramka. A może kolejny krok we wspólnym budowaniu świata, w którym nikt nie chce żyć?

W(T)C

Wiedziałem, wiedziałem. Przez skórę czułem, że w 10. rocznicę zamachów na WTC media dadzą popis. Takt i wyważenie nie są mocną stroną dziennikarzy. Spodziewałem się więc, że wśród archiwalnych zdjęć samolotów wbijających się w szklaną ścianę, płonących wieżowców, sterczących resztek konstrukcji i przechodniów uciekających przed chmurą pyłu zobaczę to, co dotąd uważałem za szczyt niedelikatności: zdjęcia ludzi wykonujących samobójcze skoki z wież WTC. Zwracam Twoją uwagę na czas przeszły – „uważałem”. Jakże się myliłem!

Fotoreportaż z samobójstwa to nie szczyt, ale zaledwie pagórek. Portal „Onet” poszedł na całość i opublikował – proszę o uwagę – quiz „10 rocznica zamachu na USA. Sprawdź swoją wiedzę!”. Zupełnie jakby chodziło o rocznicę pierwszego koncertu „Beatlesów” lub lądowania na Księżycu, w 19 pytaniach możesz sprawdzić swoją jedenastowrześniową erudycję. Czujesz już tę ekscytację? Masz już wypieki na twarzy?

Poziom jest wyśrubowany – żadne tam audiotele w stylu „Którego dnia dokonano zamachów z 11 września – 10, 11 czy 12?”. Autor był ambitny.

„Ilu porywaczy uprowadziło cztery samoloty i dokonało zamachów z 11 września? 14, 19 czy 23?” Nie wiesz? Uuu, słabiutko. Może dalej będzie lepiej.

„George W. Bush dowiedział się o zamachu na World Trade Center: na swoim ranczu w Teksasie, w szkole podstawowej na Florydzie, gdzie czytał dzieciom bajki czy podczas wizyty zagranicznej w Meksyku?”

„Jak nazywał się terrorysta egipskiego pochodzenia, który dowodził terrorystami 11 września: Ahmed al-Ghamdi, Chaled Szejk Mohammed czy Mohamed Atta?”

„Synowie Saddama Husajna, Udaj i Kusaj, którzy podczas rządów ojca zajmowali wysokie stanowiska w państwie zginęli: podczas bombardowań rodzinnego miasta ich ojca – Tikritu, w zasadzce zorganizowanej przez tzw. Koalicję antyterrorystyczną, czy na froncie, podczas walk z amerykańskimi wojskami?” (tu ewidentny błąd grafika, bo zamiast ociekającego krwią zdjęcia zwłok Husajnów Juniorów widzimy zaledwie portret ich ojca)

„W jakim stanie rozbiła się maszyna, która miała ponoć trafić w Biały Dom lub Kapitol? W Teksasie, w Waszyngtonie, czy w Pensylwanii?” To pytanie, po uzupełnieniu o czwartą odpowiedź, idealnie nadawałoby się do „Milionerów”. Ech, już czuję te emocje, już widzę te zaciśnięte kciuki narzeczonej uczestnika konkursu. „Zenonie, zaznaczyłeś odpowiedź C. [dłuuuuga pauza] I to jest dobraaa odpowieeeedź!!! Taaaak!” Światła! Okrzyki radości! Całusy z widowni i na widownię! Taaak, dziękujemy Ci Al-Kaido, że rozbiłaś się porwanym boeingiem już w Shanksville, zamiast dolecieć gdzieś dalej!

Tylko pośpiech usprawiedliwia redaktorów Onetu, że nie rozwinęli swego projektu bardziej. Aż się przecież prosiło.

„Jakim paliwem napędzane były silniki samolotów wbitych w WTC? Paliwem lotniczym, ropą naftową czy benzyną bezołowiową?” Sponsorowany link mógłby prowadzić do artykułu o sytuacji na rynkach paliw.

„Ile czasu spadali pracownicy WTC z najwyższego piętra?”

„Syn strażaka który zginął w akcji ratunkowej: A) popełnił samobójstwo, B) zaczął brać narkotyki czy C) wstąpił do sekty?”

W nagrodę za wypełnienie można by było ściągnąć zahasłowany plik .avi z nagraniem ostatnich telefonów pasażerów lotu UA93. Za najlepsze odpowiedzi dostałbyś pocztą miniaturową figurkę człowieka wyskakującego z WTC. Mogłaby nawet wygrywać jakąś melodyjkę lub świecić oczami.

Teraz na poważnie. Kim trzeba być żeby z czegoś takiego robić show i zabawę? Bezdusznym sukinsynem? Naćpanym ignorantem? A może po prostu idiotą? Nie chodzi mi o to, by robić z zamachów na WTC tradycyjny polski patos i „zęby wybijane przez gestapo w rytm Chopina”. Chodzi mi o zwykłe, proste uszanowanie ludzkiej śmierci. Ja wiem, że żyjemy w czasach, w którym tłuszcza musi koniecznie znać intymne szczegóły pożycia celebrytów. Już się powoli oswajam z myślą, że szpitalne karty gorączkowe znanych ludzi najpierw są wrzucane do Internetu, potem publikowane w gazetach, a dopiero potem dostaje je pacjent i rodzina.

Nie przyzwyczaiłem się jednak (jeszcze?) do takiego samego traktowania śmierci. Usprawiedliwiam operatora kamery filmującego samobójcze skoki. Był w szoku, poza tym to taki sam dokument dla potomności jak zdjęcia z wyzwolenia Auschwitz. Nie mam jednak żadnego usprawiedliwienia dla ludzi, którzy puszczają to w programach info jako podkład dla aksamitnego głosu spikera. Czy ktoś z redakcji zastanawiał się nad tym, co musiało wpłynąć na decyzję o skoku z 90. piętra? Co się działo w głowach samobójców? Czy z równym dokumentacyjnym zapałem „dziennikarze” pokazywaliby światu zdjęcia ze zgonu swoich rodziców?

A potem robili quiz na temat ich ostatnich dni w szpitalu?

Niedawno czytałem o nowej metodzie utylizacji zwłok – po prostu się je rozpuszcza i spłukuje, choćby do sedesu; resztki kości miele na proszek i jak wyżej. Zgwałcony oglądaniem na telebimach w centrach handlowych nagrań samobójstw z WTC czuję, że sam proces umierania trafił do sedesu znacznie wcześniej.

PS. W 1995 roku „Grupa Rafała Kmity” w programie „Kto odwalił kitę” sparodiowała telefoniczne quizy pewnej rozgłośni radiowej. Parodia była (wtedy) odważna, niemal absurdalna, a tematem była właśnie śmierć. Minęło 16 lat i skecz z kategorii „kabaret” trafił do kategorii „dokument”? Wygląda na to, że tak.

Jak skonstruować bombę

Podobno w internecie można znaleźć przepisy na bombę domowej roboty i – znów „podobno” – z takiego przepisu skorzystał Anders Breivik, niedawny bohater „jedynek” w światowych mediach.Podejrzany milczy, policja nie może się doliczyć ofiar (a i nawet domniemanych wspólników), ale cały świat już wie: skrajnie-prawicowo-chrześcijańsko-antyislamski fundamentalista podniósł swoją zbrodniczą dłoń na miłujących pokój przypadkowych gości wyspy Utoya. Nagle nie obowiązuje święty fetysz „nie liczy się wymiar kary, ale jej nieuchronność”. Nagle cały Postępowy Świat zachłystuje się zdjęciami z luksusowego norweskiego więzienia, bąkając coś o karze śmierci, dotąd wyklinanej jako skrajnie-prawicowo-chrześcijańsko-antyislamskie barbarzyństwo. Nagle wszyscy znają i komentują 1500-stronicowy manifest Breivika, cytując co smaczniejsze kawałki.

Oto istota współczesnego przekazu informacji.

Przez 2000 lat, odkąd Poncjusz Piłat zapytał Jezusa „co to jest prawda?”, ale nie czekając na odpowiedź wyszedł pogadać z „opinią publiczną”, niewiele się w kwestii prawdy zmieniło. Zmieniły się natomiast środki przekazu.

Jak skonstruować informacyjną bombę?

„News” wbrew nazwie wcale nie musi być aktualny. To już przeżytek. Nie ma znaczenia, czy bombą będzie wydarzenie sprzed minuty, sprzed lat, czy z mglistej przyszłości. W ostatnich tygodniach internetowym „newsem” było doniesienie o biskupie podejrzanym o przewóz dziecięcej pornografii (tyle że i przewóz, i podejrzenie, i nawet wyrok są sprzed kilku lat), ale i informacja o asteroidzie która – być może – przeleci blisko ziemi. Za 150 lat. Bombowy news nie musi być aktualny, ważne by ruszał.

Co ludzi rusza? Przestępczość. Spłacane kredyty. Bezczelność rządzących (i tych, którzy są z nimi utożsamiani).

No to jedziemy.

Zasuszony w książkach ekonomista bąknął coś, że może – prawdopodobnie – kiedyś – kursy na giełdach pewnie się zmienią? Zmienią się, to przecież prawa rynku, ale my mamy „newsa”: „Wstrząsająca wiadomość: od jutra znów kryzys”. W tekście może być cokolwiek, że właśnie nie „od jutra”, tylko że za rok, albo wcale, ale to nie ma znaczenia. Im więcej emocji w tytule, tym lepiej.

Dziennikarz dowiedział się o jakimś obowiązującym od lat przepisie, na który księgowi dawno znaleźli pięć furtek? „Uwaga, pilne! Fiskus dobierze się do twoich pieniędzy!”

Tekst-bombę trzeba tworzyć z pewnością siebie, jakby podejrzenia były faktem. A więc – nie „biskup podejrzany o przewóz pornografii” ale „biskup przewoził pornografię”. Nie „Kowalski zastanawia się, czy prezydent naciskał” ale krótko: „Prezydent naciskał”. Żeby uniknąć spraw sądowych (choć, bądźmy szczerzy, kogo byłoby stać i komu by się chciało czekać 10 lat na wyrok) – można powtykać tu i ówdzie zmiękczacze w rodzaju „prawdopodobnie” lub „jak dowiedział się [tu wstaw tytuł medium dla którego piszesz].

W tej ostatniej dziedzinie bezczelność (a może pomysłowość) nie zna granic. Opowiadał mi pewien aktor (nazwijmy go „Iksińskim”), sądzący się z redakcją pewnego publikatora (nazwijmy go „Brukowcem”), jak kiedyś na konferencji prasowej otrzymał pytanie z sali. Jakież było jego zdziwienie, gdy swoją wypowiedź – wyrwaną z kontekstu, ale to osobna historia –  przeczytał na łamach „Brukowca” okraszoną komentarzem „ujawnił Iksiński specjalnie dla naszej redakcji”. Mało tego, potem w sądzie wydawca powoływał się na ten artykuł dowodząc, że nasz bohater sam, dobrowolnie udziela „Brukowcowi” wywiadów, więc nie powinien się z nim sądzić o naruszenie prywatności!

Cechą absolutnie niepożądaną u twórcy medialnej bomby są bowiem jakiekolwiek skrupuły. Nic to, że dzieci dowiedzą się z netu, na jakim sznurze powiesił się ich ojciec. Nic to, że leżący pod kroplówką maszynista zostanie uznany winnym katastrofy, zanim ktokolwiek go przesłucha. Nic to, że nieprawdziwego oskarżenia o pedofilię, molestowanie lub nawet zwykłą kradzież nie da się potem, ot tak, wymazać ze zbiorowej pamięci. Ma być bomba i już.

Dobrym uzupełnieniem medialnej bomby jest sondaż opinii publicznej i możliwość wpisywania komentarzy. Tu Internet zdecydowanie góruje nad gazetami (lub czasopismami). Konsument mass-mediów lubi czuć, że zna się na wszystkim, więc i media pytają go o zdanie na każdy temat.
– Czy premier słusznie rozwiązał 36. splt? (nie szkodzi, że zajmuje się tym MON: to zbędny detal)
– Czy komisja trafnie wskazała przyczyny katastrofy smoleńskiej?
– Czy Marta Kaczyńska powinna dostać odszkodowanie?”
– Czy Muammar Kaddafi powinien się podać do dymisji?
– Jak oceniasz ostatnie zmiany kursu franka szwajcarskiego?
– Co sądzisz o samobójstwie Leppera?
(dostrzegasz manipulację w pytaniu, czy już nie?)
– Czy Barack Obama powinien zgodzić się na propozycje republikanów?
– Czy księża powinni żyć w celibacie?

Już można klikać „tak/nie”, już można wpisywać komentarze pod artykułem. Im więcej będzie tam bluzgów i błędów językowych, tym lepiej.

Bomba ma tym większe rażenie, im bardziej emocjonalnej sprawy dotyczy. Emocjonalnej – czyli pobudzającej, ale na którą czytelnik nie ma żadnego wpływu. Nie ma wpływu, więc tym chętniej i mocniej się podnieci. Gdy Igrekowski podejrzany jest o molestowanie nieletnich (zwane u nas od razu – a co tam, że błędnie – pedofilią), w komentarzach i sondach aż huczy. Och, co by zrobili internauci (albo czego by nie zrobili)! To nic, że sami tolerują rubasznego wujka uwielbiającego „gilgać pod koszulką” dorastające dziewczynki, to nic że sami chętnie zawieszą oko na ciut bardziej rozwiniętej nastolatce. To nic, że pozwalają swoim ledwienastoletnim córkom na noszenie się jak studentki. „Już mu tam pod celą pokażą chłopaki, rok na tyłku nie usiądzie, hehe” – nagle wymiar sprawiedliwości w Polsce, za społecznym przyzwoleniem, mają wykonywać sami więźniowie! Co to jest, samopomoc koleżeńska?!

Wiktor Suworow pisał w jednej ze swoich książek o listach gończych rozsyłanych za uciekinierami z radzieckich więzień. Nie wolno ich było publikować w gazetach (choć przecież tam można umieścić zdjęcia), ale w radiu – proszę bardzo. Dlaczego? W tak policyjnym kraju ujęcie poszukiwanych było kwestią czasu, więc inny był cel listów gończych czytanych przez spikera i podawanych z ust do ust . Z ust do ust – a więc z ciągłymi przeinaczeniami. Kilku kieszonkowców kryjących się po lasach zamieniało się w stuosobową uzbrojoną bandę idącą na Moskwę. Słuchacze, których wolność wyboru niewiele odbiegała od karty dań w łagrowej stołówce („możesz jeść albo nie jeść”), nagle zyskiwali poczucie sprawstwa. Mogli zdecydowanie i pryncypialnie potępić, podejrzliwie popatrzyć na każdego obcego, a nawet zażądać (naturalnie w rodzinnym gronie, bo na sądy też mieli zerowy wpływ) surowej kary dla zbiegów.

Właśnie, poczucie sprawstwa. Spójrz, jaki jesteś ważny, nabywco medialnej bomby. Skazując Breivika i doradzając Obamie, regulując kurs franka i reformując Kościół katolicki, jednoznacznie wskazując przyczyny katastrofy smoleńskiej i wypadku kolejowego w Babach pod Piotrkowem.

Właśnie to – i tylko to – świadczy o twojej ważności, zapamiętaj sobie! Musisz w to wierzyć. Inaczej (o zgrozo!) zechciałbyś zająć się sprawami, na które naprawdę mógłbyś mieć wpływ.

Zamiast jajek i zająca

Popatrz w niebo (jeśli czytasz to wieczorem), właśnie mamy pełnię księżyca. Gdy upływ czasu mierzono położeniem słońca i księżyca, ta pierwsza wiosenna pełnia była szczególna. 

Taką samą pełnię widzieli przebywający tysiące lat temu w Egipcie Izraelici. Zgodnie z tym, co przekazał im Mojżesz, pierwsza wiosenna pełnia miała być zakończeniem ich ponaddwuwiekowego pobytu poza ojczyzną, w tym prawie 100-letniej niewoli. Na pamiątkę tego wydarzenia do dziś Żydzi obchodzą Paschę i Święto Przaśników. Ponieważ właśnie w dniach tego święta Jezus Chrystus został uwięziony i stracony, do Paschy nawiązuje też Wielkanoc.

W jaki sposób Żydzi znaleźli się w Egipcie? Prozaicznie – przybyli tam „za chlebem”. Mówiąc dzisiejszym językiem, ich praprzodek Józef w czasie kryzysu załatwił tam pracę swoim braciom. Osiedlili się w delcie Nilu, a potem rozmnożyli tworząc wielosettysięczną społeczność.

Zmieniły się jednak warunki. Nowy władca uczynił z tych wolnych ludzi niewolników. Możemy dziś zapytać – dlaczego od razu nie wzięli nóg za pas i nie wrócili do starej ojczyzny? Przecież nowe porządki nie nastały z dnia na dzień. Dlaczego od razu nie poszukali wolności, choćby i w ościennych krajach? Faraon miał silną armię, ale nie miał systemu PESEL, ani nawet spisu powszechnego w którym byłaby jakaś „narodowość izraelska” będąca „zakamuflowaną opcją antyegipską”. Nawet w XX wieku zza żelaznej kurtyny, chronionej zasiekami, radarami i armią konfidentów ludzie uciekali „na Zachód”, więc nie przekraczało to chyba możliwości Hebrajczyków w starożytnym Egipcie.

Jakkolwiek to nie wyglądało, faraon w końcu wzmocnił straże i zielona wyspa na morzu kryzysu stała się więzieniem. Dopiero po latach Żydzi doczekali się Mojżesza, który w imieniu Boga przekazał swoim rodakom wiadomość o możliwości opuszczenia kraju niewoli. Po długich negocjacjach z faraonem pojawiła się nadzieja. Ostatnim wspólnym posiłkiem w niewoli miała być wieczerza paschalna.

Wyobraź to sobie. Wszyscy Hebrajczycy odprawiają nowy, nieznany obrzęd przekazany przez Mojżesza – ich rodaka, a zarazem byłego egipskiego księcia. Przy wiosennej pełni księżyca zbierają się rodzinami i w pośpiechu zjadają pieczonego baranka lub koziołka z macą i gorzkimi ziołami, a zebraną z zabijanego zwierzęcia krwią mażą framugi swoich domów. Wspólny posiłek integruje, ale to tylko rytuał. Sam z siebie nie daje wolności.

Teraz zaczyna się prawdziwy wybór. Trzeba zebrać swój dobytek i ruszyć w nieznane. Trzeba bezpowrotnie zrezygnować z nadziei, że w tym znanym systemie rzeczy „kiedyś będzie lepiej”, że kiedyś faraon zmieni politykę, albo że przyjdzie nowy i znów będzie jak za starych dobrych czasów. Dodatkowo trzeba spalić za sobą mosty – pożyczyć co się da kosztownego od swoich egipskich sąsiadów i wyemigrować bez zamiaru oddania długu.

Biblia donosi, że Hebrajczycy wcale nie byli konsekwentni w swym wyborze. Kiedy wszystko szło jak trzeba, śpiewali i tańczyli, ale gdy tylko pojawiały się niewygody, zaczynało się wzdychanie za niewolą. „Tam przynajmniej mieliśmy garnki pełne mięsa.” „Lepiej było pozostać w niewoli u Egipcjan.” „Po coś nas tu wyprowadzał?”

Fakt, w niewoli było znacznie łatwiej. Ktoś decydował co człowiek ma robić i w co wierzyć. Ktoś decydował, jak się ubierać i co jeść. Ktoś dbał o to, żeby w ogóle było co jeść. Ktoś wyznaczał miesięczną, tygodniową albo dzienną ilość pracy i wynagrodzenie za nią. Czy praca była sensowna, czy w ogóle była coś warta, czy nadzorcy ktoś za nią zapłaci – niewolnika to nie interesowało. „Ja tu tylko przenoszę kamienie – o, z tego miejsca w tamto”. Można było sobie pożartować z nadzorcy, a nawet go nienawidzić, ale tylko po pracy i we własnym gronie. W oczy nikt mu tego nie powiedział.

Minęło półtora tysiąca lat z małym haczykiem i świątecznego baranka z gorzkimi ziołami jadł w wieczór przed aresztowaniem Jezus z apostołami. Minęły kolejne niecałe dwa tysiące i patrzymy na taką samą wiosenną pełnię.

Czasy się zmieniają, technologia się rozwinęła, ale księżyc jest ten sam i ludzka mentalność też niewiele się zmieniła. Tłum radośnie wychodził z Egiptu i ten sam tłum „szemrał”, jak określa to Biblia, z powodu niewygód na wolności. Tłum witał Jezusa w Jerozolimie i ten sam tłum cztery dni później demonstrował na rzecz jego stracenia. Wydarzenia „niedziela palmowa” i „powieszenie Jezusa” miałyby tyle samo lajków na ówczesnym Facebooku. Tyle samo „Lubię to!” uzyskałyby „Pascha” i „Przejadła mi się manna”.

Zjedzenie świątecznego posiłku z sąsiadami i krewnymi było przyjemne i proste, zwłaszcza że tej samej nocy pierworodni Egipcjanie – niezabezpieczeni znakiem krwi na drzwiach – mieli ponieść śmierć. Wybór „iść  czy nie iść” był już trudniejszy. Bóg dał Izraelitom sygnał do wyjścia, ale wyjść musieli już sami.

Ciekaw jestem, co sami byśmy wybrali w tej sytuacji, nie znając przyszłości.

Choć wędrówka przez pustynię była trudna i momentami niebezpieczna, choć podróżnicy nie ustrzegli się błędów, w końcu dotarli do Ziemi Obiecanej. Jej piękno i dostatek przekroczyły oczekiwania. Hebrajczycy musieli zmienić wiele w swoim życiu, z niewolników stać się samodzielnie myślącymi wolnymi ludźmi. Zamiast z obawy przed batem słuchać rozkazów nadzorców i faraona, nienawidząc ich a zarazem czcząc ich bożków, mieli zacząć świadomie słuchać przykazań jedynego Boga.

Co jest twoim Egiptem? Co cię ogranicza i niszczy, ale mimo wszystko w tym trwasz? Za czym zatęskniłbyś, choć to chore? Nałóg? Praca której nienawidzisz? Manipulujące tobą media? Towarzystwo, któremu chcesz zaimponować? Związek, który nie ma przyszłości? Religia która jest dla ciebie tylko pustym rytuałem i „wiarą ojców”, a nie twoim światopoglądem? Coś, co nie ma dla ciebie znaczenia ale „wszyscy tak robią”, więc i ty też? 

Co jest twoim Egiptem? I na co jeszcze czekasz, żeby z niego wyjść?

Będąc byłym abonentem

Porządkując domowe dokumenty znalazłem list dołączony do ostatniej faktury za telewizję cyfrową (ostatniej, bo kilka miesięcy temu definitywnie zrezygnowaliśmy z tego wynalazku). CYFRA+ „z przykrością przyjęła wiadomość o rezygnacji” więc – uwaga – „pragnąc zachęcić do pozostania w gronie abonentów” proponuje nam „40% rabatu na wybrany pakiet nawet przez 5 miesięcy” oraz dodatkowo 40% rabatu przez 10 miesięcy na kanał filmowy i sportowy.

List bardzo miły, ale mam wrażenie, że powinien być zredagowany nieco inaczej. Tak bardziej szczerze, na przykład coś w tym rodzaju:

„Drogi jeleniu! 

Rąbaliśmy cię dotąd na abonamencie, rocznie na jakieś kilka stów (może nawet tysiaka) i było całkiem miło. Skoro teraz odchodzisz, to pewnie zorientowałeś się że cena jest zawyżona (bo jesteśmy zbyt leniwi, by wymyślić inne powody Twojej rezygnacji). Prawda wyszła na jaw – cóż, nasze ryzyko zawodowe. 
Obniżamy ci więc opłaty prawie o połowę i dorzucamy dodatkowe produkty. Nie martw się: nie jesteśmy instytucją charytatywną, więc i tak nadal nieźle na tym zarobimy. Przyjmij więc naszą ofertę i cofnij swoją rezygnację, tylko nie mów tego tym ciołkom którzy nadal są naszymi klientami. W końcu sam do niedawna byłeś jednym z nich. 
Z poważaniem Twój Operator”

Nie brzmi to lepiej?

Zmierzch styropianowych idoli

(Podejrzewam, że temat tego felietonu – harcerstwo – zainteresuje nielicznych. Jeśli jednak nie jesteś harcerzem, potraktuj ten tekst jako kejs z zakresu zarządzania i edukacji. Trudniejsze terminy oznaczyłem gwiazdką* i wyjaśniłem pod tekstem.)
Harcerstwo to było moje dzieciństwo. Jedno z moich pierwszych – zamglonych – wspomnień kilkulatka to zbiórka rady szczepu* prowadzona przez mojego Tatę, też zapalonego harcerza. Pod wpływem tej organizacji upłynęło całe moje dorastanie, studia, wreszcie pierwsza praca zawodowa (zakończona przeze mnie trzaśnięciem drzwiami, o czym dalej). Ludzie którzy wywarli na mnie największy edukacyjny wpływ to w znacznej mierze instruktorzy harcerscy.
Po co ten wstęp?
„Twarde zasady rynkowe nie były dla nas łaskawe” – piszą we wspólnym liście Przewodniczący i Naczelniczka ZHP, informując o nałożeniu na wszystkich pełnoletnich instruktorów* tej organizacji jednorazowej dodatkowej składki, 80 złotych od osoby, na pokrycie kilkunastoletnich długów ZHP. Fora internetowe huczą, obciążeni składką instruktorzy protestują. Składka i dług to jednak wewnętrzne sprawy tego stowarzyszenia i nie o nich chcę tu napisać. Gorzej, gdy czytam komentarze w mediach. „Harcerze toną”. „Ostatnia zbiórka harcerzy”. „Czy harcerstwo upadnie?”
Nawet jeśli podzielić te sensacyjne tytuły przez 10, to coś się dzieje. Coś się na naszych oczach kończy, i to wcale nie z powodów finansowych.
Czy harcerstwo upadnie, jak piszą szukający sensacji dziennikarze? Nie. Po pierwsze harcerstwo to nie tylko ZHP, po drugie ZHP to nie tylko centrala. Organizacja w ciągu 12 lat zmniejszyła się o 75% – z tego co zostało, część to całkiem przyzwoite drużyny i szczepy. Upadnie co najwyżej byt prawny, stowarzyszenie które – znów cytując list jego władz – „nie było przygotowane na rynkową rzeczywistość”.
Fakt, my Polacy – jak to zwykle – pomajstrowaliśmy przy genialnym wynalazku Baden-Powella*, tworząc z radosnego skautingu trochę mniej radosne harcerstwo. Fakt, harcerstwo (nie tylko ZHP) było nieprzygotowane nie tylko na rynkową rzeczywistość, ale w ogóle na zmiany cywilizacyjne. Fakt, nadal zostaje świetna metodycznie, choć malutka i przeznaczona tylko dla katolików organizacja „Zawisza FSE”. Zostaje też ZHR, który kilka lat temu wreszcie zaczął budować swój wizerunek nie na negacji „tego czerwonego zethapu”, ale na swoich własnych wartościach. Ale i tak szkoda.
Już widzę te apele: „ratujcie harcerstwo, to dobro narodowe”. Naród już od dawna harcerstwo miał gdzieś, na własne życzenie tego ostatniego. Wizja Małego Powstańca co to z butelką benzyny atakował niemieckie czołgi jest może wzruszająca, ale trudno nią utrzymać entuzjazm narodu przez ponad pół wieku. Obozy harcerskie też przestały być atrakcyjną propozycją – i dla młodzieży (skoro wygodniej jest zjadać chipsy przy komputerze), i dla rodziców (ani nie są aż tak tanie, ani nie uczą samodzielności – z HACCP-em  zamiast kuchni polowej i toi-toiem zamiast latryny).
Gdy zaczynałem swój krótki epizod pracy w Głównej Kwaterze ZHP*, akurat w Polsce zaczynał rządzić AWS, który zakręcił kurki z państwowymi dotacjami dla ZHP. Nie było takiej obelgi, jakiej nie rzuciliby prominentni funkcjonariusze mojej organizacji na ówczesny rząd (choć jednocześnie umizgiwali się do nowych ministrów do granic obrzydzenia). Nagle okazało się, że największa „pozarządowa” organizacja w kraju nie może istnieć bez rządowych pieniędzy.
Czy te pieniądze docierały do drużyny harcerskiej w Augustowie albo czy ułatwiały organizację zbiórek zuchów w Lęborku? Spuśćmy zasłonę miłosierdzia, jak napisał Mark Twain, na to co się z nimi działo. Ani nie interesuje to czytelników tego felietonu, w większości nieharcerzy, ani nie ma w tej chwili znaczenia.
Ważniejsze jest to, co może być kejsem do podręczników zarządzania dla sektora NGO. A kejs jest boleśnie prosty: centrala oderwała się od tego, co było istotą działalności statutowej (a co działo się na tzw. dole, w drużynach) i całkowicie pogubiła się ideowo.
Liderzy ZHP przeoczyli moment, w którym organizacja przestała być masową organizacją dzieci i młodzieży PRL, przyjmującą w Sali Kongresowej 3-milionowego członka. Przeoczyli moment, w którym harcerstwo przestało być jedyną propozycją dla młodego człowieka. Zaczęli dryfować – od Wysp Złudzeń-Że-Da-Się-Utrzymać-Stare aż do Archipelagu Unowocześnimy-Się-Na-Gwałt-To-Nam-Uwierzą. ZHP niemal na każdym swoim zjeździe po 1989 roku majstrował przy części ideowej swojego statutu.
Pogubili się harcerze na górze. „Będziemy apolityczni” – ale jednocześnie będziemy nadskakiwać każdej kolejnej władzy i każdej aktualnie modnej ideologii (oczywiście pod pozorem „propaństwowości”). „Będziemy otwarci dla wszystkich” („nie jak ten wstrętny ZHR”) – ale zabiegając o szczególną przychylność Kościoła Katolickiego, daleko poza granice hipokryzji. Tu muszę się ugryźć w palce, by nie napisać więcej, bo w czasie epizodu na harcerskiej górze sprawy religijne miałem w swoim zakresie obowiązków. I to one – między innymi – zdecydowały o mojej rezygnacji z funkcji. Pewnych rzeczy znosić się długo nie da.
Pogubili się też harcerze na dole. Z internetowej listy dyskusyjnej ZHP odszedłem mniej-więcej między wątkiem o obozie harcerskim w stylu astrologicznym (tarot, te sprawy), a wątkiem o tym, że instruktor-homoseksualista to nic złego. No nie dałem rady. „Gdy nie wiesz dokąd chcesz dojść, obojętne którą drogą pójdziesz” – usłyszała Alicja w Krainie Czarów. To hasło powinno wisieć na stronach internetowych ZHP zamiast kompletnie nieprawdziwego sloganu „Tradycyjne wartości, nowoczesny program”.
Za młody pewnie jestem, by mówić „a nie mówiłem”, ale to aż się ciśnie na usta. Gdy 12 lat temu działałem w ZHP (wówczas czterystutysięcznym), żartowałem że oficjalny program władz tej organizacji nosi tytuł „ZHP 100.000”. Dziś ZHP ma – podobno – 120 tysięcy członków. Jak na organizację elitarną – wciąż za dużo. Jak na masową, cóż… Szybko poszło, nie? Szybciej niż myślałem.
Nie, to nie żadna Schadenfreude z mojej strony. Harcerstwo to moje dzieciństwo, dorastanie i początek dorosłości, harcerstwu mój Tata poświęcił swoje życie. Jest mi po ludzku przykro, kiedy na moich oczach duża część tego ruchu traci resztki swojego społecznego zaufania. I czuję po ludzku wściekłość na tych, którzy do tego doprowadzili.
W zeszłym roku ZHP też miał pierwsze strony gazet, przy okazji obchodów stulecia harcerstwa. W Krakowie uroczyście odsłonięto pomnik twórcy polskiego skautingu, Andrzeja Małkowskiego. Trzeba go było zaraz schować do bramy, bo oprócz tego że był brzydki jak noc, to okazał się pomalowaną kupą styropianu…
Znikają styropianowi idole udający spiż. Co zamiast nich?
***
Bardzo uproszczone wyjaśnienia dla nieharcerzy:
Skauting – ruch założony w początkach XX wieku przez brytyjskiego generała Roberta Baden-Powella mający na celu wychowanie samodzielnego i honorowego człowieka przez zajęcia na świeżym powietrzu, współpracę w małych grupach i współzawodnictwo.
Harcerstwo – polska wersja skautingu (silniejsze są w niej wątki patriotyczne i paramilitarne).
Szczep – kilka drużyn harcerskich (drużyna z kolei to około 15-20 osób, kiedyś 20-30).
Instruktor – wychowawca-wolontariusz w organizacji harcerskiej (od 16 roku życia wzwyż).
Główna Kwatera ZHP – centrala organizacji, kierowana przez Naczelnika (obecnie Naczelniczkę).

Kłamstwo nasze powszednie

„Przesyłkę odebrałem” – podpisujesz na poczcie zawsze, gdy przychodzisz z awizo. Odebrałem? Przecież standardem jest szukanie paczki dopiero wtedy, gdy adresat ją pokwituje, a więc gdy potwierdzi nieprawdę. O odwrotną kolejność upomina się może promil promila, znienawidzony z tego powodu przez panie w okienkach i przez pozostałych klientów poczty.
„Zapoznałem się z regulaminem” – taaa, już w to wierzę, że podpisując te słowa rzeczywiście poświęcasz choćby minutę na przeczytanie tzw. drobnego druczku. Żeby daleko nie szukać: w swoim komputerze masz co najmniej kilka programów, przy instalacji których potwierdziłeś przeczytanie umowy licencyjnej, i to po angielsku. A gdyby tak któregoś dnia dowcipny programista dopisał, między standardowymi postanowieniami, zobowiązanie do oddania przez Ciebie nerki? Zauważyłbyś to? Przewijasz teksty takich regulaminów choćby dla świętego spokoju, czy od razu zaznaczasz „zgadzam się”?
„Zostałem/am pouczona o treści artykułu… paragraf…” – formularz o takiej treści podsunął mojej Żonie do podpisu kontrolujący ją policjant, gdy odmówiła przyjęcia mandatu.
– Ale czego dotyczy ten przepis? – zapytała czujnie Żona.
– Eee, nie wiem… To już pani w sądzie powiedzą.
– Ale to pan mnie ma pouczyć. Ja nie jestem prawnikiem.
– Ja też nie. W sądzie pani powiedzą.
I co? Jestem gotów założyć się, że 99% zatrzymanych kierowców podpisuje to „pouczenie” bez pytania. To że policjant nie zna treści przepisu, to oczywiście skandal (jego amerykański kolega ma zawsze przy sobie ściągę ze słynnym „Masz prawo milczeć…”). Ale co powiedzieć o tych, którzy podpisują nieprawdę na jego polecenie? Przecież za odmowę podpisu (i to takiego) nie zakują Cię w kajdanki ani nie spałują! Przynajmniej nie spotkało to mojej Żony.
Kłamiemy więc nawet wtedy, gdy przynosi nam to szkodę. A co wtedy, gdy kłamstwo daje konkretne, wymierne zyski?
Legenda głosi, że ktoś podobno zawarł umowę z bankiem lub towarzystwem ubezpieczeniowym tylko na podstawie dokumentów zażądanych przy pierwszej rozmowie z agentem, i że nie trzeba było niczego uzupełniać. Miało wystarczyć oświadczenie o stanie zdrowia? Cóż, „w trakcie procedury okazało się”, że potrzeba jeszcze wyników badań za ostatnie trzy lata i karty szpitalnej sprzed lat dziesięciu. Uwierzyłeś, że bank zaufa Twojemu oświadczeniu o dochodach, jak obiecywał w reklamie? Naiwny głupcze, rezerwuj już sobie dzień na wyjazd do skarbowego po plik zaświadczeń, ewentualnie do księgowości po wydruki. „No właśnie się okazało, że w tym wypadku…”.
Mechanizm jest perfidnie prosty. Podręcznikowa, cialdinowska technika „niskiej piłki”: jeśli zaangażowałeś się łapiąc pierwszą atrakcyjną ofertę, to tak łatwo nie zrezygnujesz. To, że w ten sposób buduje się Twoją nielojalność już przy pierwszym kontakcie, marketerzy mają gdzieś. W razie czego będzie się z tym bujał dział utrzymania klienta.
Od banku wolisz loterię? Proszę, „Milion do wygrania!”. Zacznijmy od tego, że nie cały milion, bo pomniejszony o podatek od wygranej, o czym reklama milczy. „Wyślij SMS a dostaniesz nagrodę” – ta praktyka jest akurat wyraźnie zakazana ustawą, ale co z tego? „Do wygrania 100.000!!!” – wrzeszczy z reklamy wyróżniona liczba, choć w tym akurat wypadku sto tysięcy to suma nagród, z których największa wynosi 100 złotych, i to pod dodatkowymi warunkami.
Sprawa robi się poważniejsza, gdy chcesz uzbierane pieniądze zainwestować. To, co dzieje się w branży budowlanej, to już prawdziwa granda. Dom z krzywymi ścianami i dziurami w posadzce bywa uznawany za zgodny ze sztuką, dopóki wkurzony klient po latach czekania w sądach i po tysiącach wydanych na rzeczoznawców nie udowodni, że jest inaczej. Trzeba było aż wyroku Sądu Najwyższego, by „protokoły odbioru” podpisywane na kolanie w dniu zakończenia budowy nie były traktowane jak cyrograf uniemożliwiający dochodzenie roszczeń od fuszerów.
Na drobnych kłamstewkach (lub „swobodnym podawaniu prawdy”) jest zbudowany nie tylko biznes. „I nie opuszczę cię aż do śmierci”? Pięknie to brzmi, ale statystyka jest nieubłagana. Co roku w Polsce orzeka się 65 tysięcy rozwodów – to aż jedna czwarta liczby zawartych w tym czasie małżeństw. Twoje szanse na rozwód drastycznie rosną, jeśli Twoje małżeństwo nie ma jeszcze czterech lat. Z kolei po 13 rocznicy ślubu możesz uważać się za szczęściarza, bo tyle lat średnio trwają małżeństwa rozwiedzione. „Do śmierci” to przesada taka sama jak „do ostatniej kropli krwi” z wojskowych przysiąg: żołnierz ma krwi w żyłach jeszcze całkiem sporo, gdy kończy się jego udział w bitwie. Oba zwroty są jednak tak wzruszające, że nikt nie odważy się ich tknąć.
Przyrzeczenia abstynenckie składane „na komendę” przez dzieci przystępujące do katolickiej Pierwszej Komunii to już grubsza sprawa. Każdy wie, że to pic. Statystycznie do „osiemnastki” wytrwa bez jakiegokolwiek alkoholu (wliczając piwo) tylko jedno dziecko na dwadzieścioro. Każdy wie, że dzieci powtarzające antyalkoholową formułkę nie są jej nawet do końca świadome, przejęte uroczystością i prezentami. Kto w tym wypadku odpowiada za bluźnierstwo, „branie imienia Pana Boga twego nadaremno”? Dziewięcioletni dzieciak? Nadgorliwy ksiądz? Nieasertywni rodzice? Co jest gorsze: to, że „komunista” o obietnicy zapomni, zagubi ją wśród innych pobożnych formułek wyrecytowanych tego dnia, czy że – przeciwnie – zapamięta, a potem słowa nie dotrzyma?
Czy potem można się dziwić, że na podobnej bujdzie (czasem uroczystych zaklęciach, a czasem zwykłym oszustwie) opiera się także polityka i rządzenie Twoim krajem?
Miały być mieszkania dla młodych małżeństw (prawdziwe jak dyplom magisterski autora tej obietnicy). Miało być rozliczenie aferzystów, poległe niebawem w starciu z parlamentarną arytmetyką. Każdy minister proponujący podwyżkę podatków miał być przez pewnego premiera „osobiście wyrzucony z rządu” – tego samego rządu, który potem postanowił podatki podwyższyć, zarzekając się do ostatniej chwili, że to tylko plotka. Pomniejsze kłamstewka już nawet umykają uwadze; przyzwyczailiśmy się do nich, jak do dziur w drodze i smrodu w pociągach.
Uważaj na to znieczulenie. Jeśli prawda wyzwala, to co z Tobą robi wszechobecne oszustwo?

Było licencjatów wielu

„Maturę – haaa… – nie każdy musi mieć…” – mawiała z charakterystycznym sapnięciem profesor Szczepańska, matematyczka z mojego liceum. I chociaż sam matematycznym orłem nie jestem, wypada mi się z panią profesor zgodzić.
Niestety, od mojej matury świat poszedł do przodu, „postęp postępuje”, i teraz nie tylko maturę, ale i dyplom każdy musi mieć. Choćby był to bezwartościowy świstek, dumnie figuruje w niemal każdym CV.
Ma to jednak swoje konsekwencje.
Media zachłysnęły się niedawno wynikami badań przeprowadzonych wspólnie przez Bibliotekę Narodową i OBOP. Otóż okazało się, że 56% Polaków nie czyta książek – a do „książek”, co ważne, zaliczono w tym badaniu albumy i poradniki kucharskie. Co więcej, Polacy nie czytają nawet stron internetowych wymagających więcej niż dwóch kliknięć (czyli mój blog jeszcze się nie łapie). Zaledwie 12% badanych przeczytało w ubiegłym roku więcej, niż 6 książek.
Szczególne zaniepokojenie badaczy wzbudził jednak fakt, że książek nie czyta aż co piąty Polak z wyższym wykształceniem, w tym pełniący funkcje kierownicze.
Dziwi to kogoś? Mnie to nie dziwi. Zanim wyobrazisz sobie nieczytających profesorów i wtórnie niepiśmiennych dyrektorów przedsiębiorstw, zastanów się, kto to taki ten „wyżej wykształcony” i „kierownik”. Dla statystyka kierownikiem jest „menedżer do spraw kluczowych klientów”, ale jego kolega „handlowiec”, mimo identycznego zakresu obowiązków – już nie. Dla statystyka nie ma różnicy między magistrem filozofii po Uniwersytecie Warszawskim, a licencjatem kosmetologii z Wyższej Szkoły Zawodowej w Czarnej Dziurze, powiat hrubieszowski.*
Nie wartościuję: licencjat kosmetologii ma (poza idiotycznym tytułem) twardy, porządny zawód, a „mgr” – o ile nie zostanie na uczelni kształcić kolejnych bezrobotnych – może sprzedawać frytki w budce przed czarnodziurską Alma Mater. Faktem jest jednak, że studia filozoficzne rozwiną czytelnicze potrzeby bardziej, niż – by zostawić już w spokoju tę nieszczęsną kosmetologię – licencjat z marketingu i zarządzania.
Rozwiną, bo sam nawyk czytania bierze się z domu i albo się go ma, albo nie. Moja babcia, świetna krawcowa, czytała całe życie – w przeciwieństwie do znanych mi doktorów renomowanej uczelni. Dyplom nie ma tu nic do rzeczy, zwłaszcza w kraju z inflacją dyplomów.
I tu jest pies pogrzebany: biadanie nad miernym czytelnictwem i ogólnie erudycją osób z dyplomem jest hipokryzją, jeśli wcześniej pozwalało się (i pozwala nadal) na rozdawanie dyplomów na lewo i prawo.
To jakby przymknąć oko na fabryczny brak hamulców w samochodach – ba, ustawowo zezwolić na taką oszczędność i uznać ją za normę – a potem dziwić się, że wzrosła liczba wypadków.
Można się oczywiście śmiać z sondażu opublikowanego kiedyś w „Newsweeku”, według którego tylko 66% Polaków wie, że Ziemia nie jest centrum wszechświata (a 11% nie jest pewnych). Można się pośmiać z ulicznych sond, według których w 1991 roku w Niemczech upadła Trzecia Rzesza. Ale co tam sondy: mój znajomy teolog dowiedział się niedawno od egzaminowanej studentki pedagogiki, że Księga Wyjścia opisuje wyprowadzenie chrześcijan z Egiptu przez Jezusa… Kopiowanie prac zaliczeniowych – już nie od mądrzejszego kolegi, ale z Wikipedii – staje się powoli normą, o ile już nią nie jest.
Takie „kwiatki” nie są jednak przejawem nieuctwa tej czy innej osoby, ale świadczą o szerszym zjawisku. Właśnie o inflacji wykształcenia. Kiedyś panienka od Księgi Wyjścia nie pomyślałaby nawet o pójściu na studia, tylko zdobyła nieprzekraczający jej możliwości zawód lub została bogato wydana za mąż. Tłumy dziewiętnastolatków nie szturmowałyby dziekanatów „marketingu i zarządzania”, gdyby ktoś im nie wmówił, że wtedy będą bardziej wartościowymi ludźmi.
(Przy okazji polecam artykuł mojego kolegi, profesora Adama Wielomskiego; znajdziesz go klikając w TEN LINK. Baaardzo ciekawe obserwacje, w dodatku pochodzące od praktyka.)
Wmówiono więc tysiącom młodych ludzi opuszczających szkoły średnie, że nie tylko „maturę – haaa… – każdy musi mieć”, ale że dodatkowo każdy musi mieć jeszcze dyplom wyższej uczelni. Był popyt, pojawiła się więc podaż. W każdym mieście pojawiła się więc „wyższa szkoła zawodowa” lub choćby „koledż”. Dawne „wyższe szkoły pedagogiczne” to dziś „akademie”, a dawne „akademie” to „uniwersytety przymiotnikowe”. Zastanawiałem się nawet, czy – konsekwentnie – dyplomy starych uniwersytetów nie zostaną awansowane na „Nagrody Nobla”, ale tu zdaje się jakieś prawa mają Szwedzi.
Kiedyś młodzież opuszczała rodzinne pielesze, by zdobywać mądrość i obycie w Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu czy Warszawie. Kto nie miał szczęścia urodzić się w jednym z takich miast, zarazem uczył się samodzielnego życia na stancji lub w akademiku. Dziś dyplom magistra można zdobyć w takich bogato wyposażonych w biblioteki, teatry i pozostałe kulturalne zaplecze tradycyjnych ośrodkach akademickich jak Wołomin, Ryki czy Józefów. Nie mam nic do tych miejscowości, jednak pięć lat studiów to chyba jednak coś więcej niż słuchanie wykładów i wkuwanie podręczników. Ostatecznie to można robić także on-line.
Można więc mieć dyplom, ale nie mieć nawyku czytania. Pal jednak sześć czytanie. A kojarzenie faktów, znajdowanie analogii, posiadanie własnych (!) poglądów i umiejętność ich uzasadnienia? Można należeć statystycznie do inteligentów, ale nie mieć inteligencji: „zdolności do postrzegania, analizy i optymalnej adaptacji do zmian otoczenia”. Można mieć dwa fakultety, ale nie umieć się zachować w grupie. Można mieć formalnie wyższe wykształcenie i nie mieć podstawowych umiejętności społecznych.
Za kilkanaście lat – o ile ten świat jeszcze tyle potrwa – właśnie takich będziemy mieli wykładowców, szefów, urzędników i polityków. Już zaczynamy takich mieć – ale wciąż jeszcze możemy się temu dziwić. Dziś możemy się śmiać z gaf prezydenta, z bełkotu w urzędniczych pismach, z nowomowy w kazaniach. Za 10-15-20 lat może się okazać, że już nie ma się kto śmiać razem z nami, bo nikt nie czyta niczego, co jest dłuższe od wpisu na Twitterze.
Nic to, że nie czyta: gorzej, że nie rozumie, bo nie myśli samodzielnie.
Ten felieton miał 878 wyrazów, czyli więcej, niż opis koncertu Jankiela z „Pana Tadeusza”. Przeczytałeś? Gratuluję!
*Skoro jesteśmy przy licencjacie: w Citibanku (w którym chyba wszyscy pracownicy mają jakiś dyplom) wyższe wykształcenie klienta wpisuje się do jego danych jako „magistrat”…

Select language: polski

Ledwie umieściłem felieton „Niech cię licho, Heinrich”, gdy rzeczywistość dopisała do niego ciąg dalszy. Otrzymaliśmy właśnie z Żoną radosną wiadomość od banku obsługującego nasze konto firmowe. Autentyk, i to świeży, więc cytuję:
„Do Systemowy Użytkownik
Temat Przelewy z kart obciążeniowych / kart kredytowych w PekaoFIRMA24
Szanowni Państwo,
Uprzejmie informujemy, że w systemie PekaoFIRMA24 została udostępniona funkcjonalność wykonywania przelewów w ciężar kart kredytowych / kart obciążeniowych na rachunki własne prowadzone w Banku Pekao S.A.
Aby uruchomić nową funkcjonalność wystarczy skontaktować się z Doradcą w Oddziale banku. Na etapie uruchamiania mogą Państwo zdecydować, którzy użytkownicy systemu PekaoFIRMA24 powinni mieć dostęp do nowej funkcjonalności oraz wybrać karty, z których możliwe będzie zlecenie przelewu.
Przelewy z kart realizowane są 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Opłata z tytułu realizacji takiego przelewu została określona w „Taryfie prowizji i opłat bankowych dla Klientów Biznesowych (małe i mikro firmy)”.
Więcej informacji na temat nowej funkcjonalności mogą Państwo uzyskać na Infolinii PekaoFIRMA24 pod numerem […].
Z poważaniem
Bank Pekao S.A.”
Fajnie, cieszę się że mam nową możliwość. Prawdę mówiąc, wolałbym aby ten system po prostu działał „24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu”, co niestety dziś wydaje się dla banku standardem nieosiągalnym. Ale, niech tam, ważne że coś robią.
Tylko po jakiemu to jest napisane???!!!
Skąd oni wzięli „funkcjonalność wykonywania przelewów w ciężar kart”? Z protokołów KC PZPR? Nie, wtedy nie było kart kredytowych. Gdyby nie to, że przez ładnych parę lat pracowałem w księgowości, może bym też uwierzył, że tak rozmawiają księgowi. Ale nie, też pudło. A więc kto posługuje się takim językiem?
Czy normalny klient mówi do swojej żony, normalnej klientki:
– Wiesz, kochanie, muszę wykonać przelew w ciężar naszej karty kredytowej.
– Och, misiu, a czy mamy już udostępnioną taką funkcjonalność?
– Jako systemowy użytkownik powinnaś już to wiedzieć.. tfu, to jest powinnaś posiadać taką wiedzę.
A może raczej:
– Kochanie, czy wiesz że od dzisiaj możemy robić przelewy z karty?
– Całą dobę?
– Tak,  wystarczy zadzwonić.
Czy to jest naprawdę takie trudne, napisać to po polsku i zrozumiale?
Czy każdy kto ma w Polsce odrobinę władzy – od prezydenta przez urzędnika bankowego aż do pokurcza stojącego z walkie-talkie przy wejściu do hipermarketu, zwanego żartobliwie „agentem ochrony” – musi od razu posługiwać się napuszoną nowomową? Przecież na co dzień – podejrzewam – ci sami ludzie mówią zrozumiale („barman, poproszę dwa piwa”, a nie „panie doradco konsumencki, chciałbym uruchomić funkcjonalność browarniczą, sztuk dwie”). Co się zatem dzieje?
Dlaczego menedżer który mówi do kolegi „lecę stary, muszę jeszcze ochrzanić Kowalskiego za spóźnienie” za chwilę wzywa tego Kowalskiego „celem udzielenia mu negatywnej informacji zwrotnej w obszarze dyspozycyjności”?
Co takiego sprawia, że siadając przed służbowym komputerem lub telefonem – szczególnie w urzędzie lub wielkiej korporacji – ludzie od razu zaczynają rzucać „funkcjonalnościami”, „czasookresami” i „posiadaniem wiedzy”? Dlaczego zaczynają robić wszystko „w dniu dzisiejszym” (zamiast po prostu „dzisiaj”), „estymować” (zamiast „szacować” lub „przewidywać”) i wszystko mieć „dedykowane” (zamiast „przeznaczone”)?
Po co to robią ? By poczuć się ważniejsi? Mądrzejsi? Wyleczyć kompleksy?
A może to taki wyrafinowany sposób okazania pogardy klientowi: „Musimy cię poinformować, ale mamy cię w wielkim żubrzym dupsku z naszego logo, więc napiszemy tak, żebyś nie zrozumiał, tępaku”?
Po co komu język, który nie służy do komunikacji?

Niech cię licho, Heinrich

„No, ja się nie chcę wymandrzać…” – zastrzegła wczoraj księgowa pięciogwiazdkowego hotelu w rozmowie z moją Żoną. Jej kolega z innej firmy poproszony przeze mnie o dodatkowe informacje powiedział, że zna je tylko kierownik, a jego chwilowo „nie ma na obiekcie”. To znaczy – w biurze. Szukający mnie telemarketerzy regularnie nie odmieniają mojego nazwiska lub je przekręcają, mimo że czytają z ekranu komputera, który mają przed nosem. „Czy rozmawiam z panem Jerzy yyyy… yyyy… Rządkowski?”
Bartek Stolarczyk, mój szkoleniowy partner, wydaje właśnie podręcznik sprzedaży telefonicznej i podsuwamy mu z Agatą co ciekawsze kwiatki jako przykłady do kolejnych książek. Telemarketingu Bartek nauczy, bo to fachowiec, ale na naukę języka polskiego pewnie jest już za późno. Teraz można już tylko mieć pretensję do „pani” od nauczania początkowego. „Żadne studia nie zastąpią gruntownie ukończonej szkoły podstawowej”, mawiał mój Tata, inżynier z duszą humanisty i pasją przyrodnika, a ja się pod tym podpisuję obiema rękami.  
Język większości Polaków przypomina więc ściek – i nie chodzi mi tu wcale o dosadne słowa, bo czasem tylko wulgaryzm oddaje rzeczywistość za oknem.
Nagminne przedstawianie się od nazwiska („Kowalski Jan”). Masakrujące uszy „włanczanie”. Skopiowane z urzędniczej nowomowy „w dniu dzisiejszym” i „w miesiącu lipcu”. Pisanie i mówienie „w cudzysłowiu”. Pseudoelokwentne „w każdym bądź razie” i „bynajmniej” (w błędnym znaczeniu „przynajmniej”, zamiast „ani trochę”). „Tą książkę” zamiast „tę książkę”. „Na magazynie” i co gorsze „na sali (szkolnej)”. Obleśne „przyszłem i poszłem”. Cholera, nawet głupi komputer poprawił mi to przed sekundą na „przyszedłem i poszedłem”. Nawet komputer!
Czasem czuję się jak Adaś Miauczyński z „Dnia świra” – uczą się tego wszyscy w szkole i na kursach i wszystko jak krew w piach, „w càłej Pòlsce, k…!”
Odkąd hitem poradni psychologicznych stało się „zaświadczenie o dysleksji”, całe masy poczuły się zwolnione od jakiejkolwiek umysłowej aktywności i pracy nad sobą. „Pszeprazsam za błendy ale mam dyzlegsje” – pisze co drugi uczestnik forum internetowego, który nie ma żadnej dysleksji, tylko śmierdzące lenistwo. Sprawdzanie pisowni jest przecież dostępne w komputerze po paru kliknięciach. Cóż, sam miałem – jakby to dziś nazwać – „zaświadczenie o dyswuefii”, co wynikało bardziej ze wstrętu do sportu niż z lenistwa. Mam jednak wrażenie, że całe pokolenia Polaków zapadają dziś na dysscholię.
Problem jest bowiem poważniejszy, niż tylko przestrzeganie reguł gramatyki i ortografii. Polska szkoła wypuszcza każdego czerwca kolejne dziesiątki tysięcy ludzi, którzy nie rozumieją prostego tekstu, którzy nie kojarzą faktów, którzy nie potrafią odczytać najprostszych literackich czy historycznych aluzji. Bo i niby jak ma to potrafić ktoś, dla kogo cała literatura to „Gala” i „Fakt”, a obowiązek przeczytania jednej książki do egzaminu jest aktem prześladowania studentów, faszyzmem prawie równym odebraniu zniżki na pociąg podmiejski? Nie czytają więc, a jeśli nawet, to nie rozumieją. Sorki, offcoz „nie rozumią”.
„Nie rozumią” i nie mają motywacji, aby rozumieć. Jeśli wierzyć mediom, przewodnią siłą narodu są „młodzi, wykształceni, z dużych ośrodków”, a oni wszystko robią dobrze z definicji, co nie? Tak naprawdę to tylko „młodzi”. Do „dużego ośrodka” dojeżdżają póki co rannym pociągiem, a wykształcenie to dumny licencjat w Wyższej Szkole Marketingu, Zarządzania, Pedagogiki, Turystyki, Nauk Politycznych i Wszystkiego Najlepszego. Podsłuchałem kiedyś rozmowę dwóch studentek takiej wszechnicy (wiem, to brzydkie, ale mówiły naprawdę głośno). „Jak można za błędy ortograficzne obniżać ocenę z kolokwium?!”. Fakt, skandal. Najpierw trzeba było wychłostać polonistkę z podstawówki i rozstrzelać dyrektora liceum, który podpisał się pod maturą.
Żeby oddać sprawiedliwość, zjawisko dotyczy nie tylko wytapetowanych na różowo blondi, biednych ofiar owczego pędu po bezwartościowe dyplomy. Szkolne braki mają często ich wykładowcy, księża i wysocy funkcjonariusze publiczni, czyli – teoretycznie – elita narodu.
Swego czasu jeden z polityków komentując „spontaniczny” protest pewnej grupy zawodowej zasugerował zewnętrzną inspirację tego protestu. Błąd owego działacza polegał na tym, że uczynił to słowami „inni szatani byli tam czynni”. Cóż to się działo! Połowa jego politycznych rywali poczuła się obrażona porównaniem ich do diabła (jak leciało to przysłowie o nożycach i stole?). Reszta posądzała autora wypowiedzi o szaleństwo przejawiające się wiarą w szatana. Zastanawiająca, nawiasem mówiąc, w katolickim kraju ta niewiara w osobowe zło… Nikt jednak z naszych światłych przedstawicieli – ani opisujących spór dziennikarzy – nie pokumał, że to cytat z „Chorału” Kornela Ujejskiego („Z dymem pożarów”), jednego z polskich hymnów.
(„A to jest jakiś inny hymn poza Mazurkiem Dąbrowskiego?” – uprzedzam zdziwione pytanie szczęśliwych posiadaczy świadectwa maturalnego.)
Kiedyś czytałem o projekcie Heinricha Himmlera z czasów II wojny światowej. Szef SS marzył o przekształceniu Polaków w lud niewolników, a służyć miały temu zmiany w szkolnictwie. Polak miał tylko umieć się podpisać, liczyć do 500 i oduczyć własnego myślenia. Polacy mieli więc posłusznie słuchać tego, co im władza przez uliczne szczekaczki do wierzenia podaje i umieć skrobnąć swoje nazwisko pod czymś, czego nie rozumieją (nie tylko z powodu drobnego druku).
Tak więc na dzień dzisiejszy nie chcę się wymandrzać, ale w takim bądź razie Kowalskie Jany nie umią w życiu zastosować tego, co się na sali szkolnej jako Jasie uczyły. Tą obserwację mam bynajmniej cały czas, włanczając w to miesiąc styczeń dwutysięcznego jedenastego roku.
Niech cię licho, Heinrich. Wykrakałeś.

Na kursie i na ścieżce

W badaniu przyczyn katastrofy lotniczej jest istotne, kto i kiedy popełnił błąd. Nauka pilotażu to w dużej części „case studies” niedopełnionych procedur. Rzadko kiedy katastrofę powoduje przypadkowy piorun, którego w danym miejscu i czasie nie powinno być. Częściej jest to błędna komenda, niedokręcona śruba lub nieuwzględnienie jakiejś informacji. To wszystko jest ważne, by podobnych zdarzeń uniknąć w przyszłości.
W przypadku katastrofy państwa – okoliczności są ważne tylko dla historyków. „Historia uczy, że historia niczego nie uczy”. Przypadki Argentyny, Grecji, Portugalii czy Polski będą ciekawostką na studiach (pytanie, czy zrozumiałą, patrząc na pikujący w dół poziom studentów). Może jeszcze jakiś publicysta w odległym kraju użyje ich jak przestrogi („oj, żebyśmy tylko nie skończyli jak Polska”) i…
…i tyle. Rządzenie przy pomocy propagandy sukcesu (pomieszanej z propagandą nienawiści do konkurencji), szastanie publicznymi pieniędzmi i arogancja  władzy są zbyt silnie związane z zawodem demokratycznego polityka, by zmienił to kazus jakiejś odległej Polandii czy Islandii. Widocznie byli nieostrożni albo mieli pecha, ci Polacks. Nam się uda.
Dalej więc nasi aktualni władcy będą kreatywnie kombinować, jakby tu ukryć rosnący publiczny dług. „Może nie policzymy, koledzy, podatku na emerytury i nazwiemy go składką na ubezpieczenie? Może podwyższymy o 16% podatek na ubranka dziecięce i dorżniemy 23-procentowym VAT-em  firmy szkoleniowe? A może zrabujemy pieniądze obywateli wysyłane do drugiego filaru? O emeryturę i tak każdy musi się postarać, a poziom nauczania historii w szkole jest tak denny, że nikt nie pokojarzy tego z komunistyczną nacjonalizacją sprzed pół wieku. Wiemy, bo sami, koledzy, położyliśmy szkolnictwo w tym kraju.”
Jednak cokolwiek by nie robili, nic nie powstrzyma zbliżającej się katastrofy publicznych finansów. Ani opodatkowanie niemowląt, ani rozpoczęcie likwidacji rynku wolnych usług edukacyjnych, ani kradzież OFE. To jest jedna z tych rzeczy, których historia uczy wyjątkowo nieskutecznie: przebieg może być różny, upadek państwa może nadejść szybko lub jeszcze szybciej, ale nadchodzi. Nigdy nie pojawia się na horyzoncie kawaleria z odsieczą.
Bal na Titanicu trwa więc w najlepsze, prezydent z premierem bawią nas codziennie kolejnym odcinkiem komedii pod tytułem „Odchudzamy administrację o 10%”. Od czasu do czasu w niebo wytryskują fajerwerki w rodzaju „Cała Polska walczy z dopalaczami”, „Parytety dla kobiet – 35 czy 50%?” albo „Jeden z pasażerów tupolewa miał nieważną kartę rowerową”. Tradycja ta jest bardzo stara. Już w starożytnym Rzymie lud żądał chleba i igrzysk, ale w braku chleba zadowalał się i samymi igrzyskami.
Na dodatek nasi władcy są w tej szczęśliwej sytuacji, że dysponują całkiem sporą rzeszą ogłupiałych zwolenników. Oni bez zastanowienia poprą najbardziej absurdalny pomysł i najbardziej łajdackie posunięcie rządu. Na internetowych forach grupa ta doczekała się nawet własnego określenia – „lemingi” – ku czci mało rozgarniętych zwierzątek biegnących stadnie na oślep, choćby i ku własnej zagładzie.
„Tak, tak, tak musi być”. „Tak, tak, to dla naszego dobra”. „Jeśli ci się nie podoba, to jesteś oszołom, moherowy beret i popierasz Łukaszenkę”. Oto język leminga.
Podwyższają Ci podatki? „Tak, tak, tak musi być.”
Wysyłają Twoje dziecko rok wcześniej do szkoły żeby „miało lepszy start”? „Tak, tak, to dla naszego dobra.”
…ale potem zakazują uczyć to dziecko czytać i pisać w wieku przedszkolnym, mimo że się do tego garnie? I mimo, że przedszkolanki są gotowe to robić, a Ty jako rodzic sobie tego wyraźnie życzysz?  „Tak, tak, tak musi być.”
Prezydentka największego miasta w Polsce mówi, że „do śniegu się można przyzwyczaić”, więc o odśnieżaniu ulic zimą przez służby komunalne możemy niebawem zapomnieć?  „Tak, tak, to dla naszego dobra.”
Biorą od Ciebie odciski palców przy wyrabianiu paszportu? „Tak, tak, tak musi być.”
Każą ci wyrabiać kolejną wersję dowodu osobistego, z czipem albo bez, choć są kraje znacznie większe od Polski, które w ogóle obywają się bez takich dokumentów? „Tak, tak, to dla naszego dobra.”
Zresztą, kto by się przejmował takimi drobiazgami, skoro wszystko idzie w dobrym kierunku. Jesteśmy zieloną wyspą na oceanie światowego kryzysu, a o szóstej rano dzwoni do drzwi mleczarz zamiast siepaczy z CBA. Mimo przejściowych trudności nadal wiele znaczymy w transporcie kolejowym, a Stadionem Narodowym mówimy niedowiarkom, że to nie jest nasze ostatnie słowo.
Grunt więc, że wszystko jest „na kursie i na ścieżce”. A kto nie wierzy, ten syf.

Stoi na stacji lokomotywa (345 minut)

Pisząc ten tekst (7 grudnia, 21:45) jadę pociągiem InterCity z Krakowa do Warszawy. Właśnie musiałem kupić od konduktora nowy bilet, choć już jeden miałem. Zamiast odstać swoje w kolejce na dworcu PKP, poprosiłem bowiem o kupienie biletu moją Żonę, ona zaś postanowiła skorzystać z Internetu i zapłacić swoją kartą. Błąd! Wytknął mi go ów konduktor – na bilecie są dane właściciela karty (czyli mojej Żony), a na fotelu w pociągu są moje pośladki. Ta jaskrawa niezgodność powoduje, że mój bilet jest nieważny.
Czy spółka PKP-IC sprzedaje miejsca imienne, jak w samolocie? Nie. W każdej kolejowej kasie będąc zupełnie anonimowym Nikim mogę kupić dowolny bilet na dowolny pociąg i dać go dowolnie wybranej osobie. Czy mając w bazie imię i IP nabywcy biletu wyśle mu imieninowe życzenia? Nie.
Nie jest to też – o dziwo – kolejny wyrafinowany sposób na wyciągnięcie pieniędzy od pasażerów. Z tego co mówił konduktor moja reklamacja zostanie rozpatrzona pozytywnie i dostanę zwrot pieniędzy za jeden bilet (ten internetowy). Zobaczymy.
Konduktor wypisał nowy bilet. „Ja tylko wykonuję polecenia” – stwierdził, co jakoś dziwnie mi się historycznie skojarzyło. Czasem „tylko wykonywanie rozkazów” oznacza wysłanie do gazu paru milionów ludzi. Tu na szczęście skończyło się tylko na wysłaniu mnie i jeszcze kilku współpasażerów do bezsensownej kolejki na Dworzec Centralny w Warszawie. Tam też tylko wykonują rozkazy, więc kobieta w okienku rozpatrzy moją reklamację. Sprzątaczka dworcowa zamiecie błoto po kolejce innych czekających do tego samego okienka w podobnych sprawach. Ktoś podstempluje, ktoś zatwierdzi, ktoś policzy, ktoś wepnie do segregatora. Pasażeroreklamacje wejdą do opasłych sprawozdań razem z tonokilometrami, osobodobami i innymi statystycznymi potworkami.
Ta nikomu niepotrzebna praca będzie trwała, trwała i trwała, przerwana co najwyżej na chwilę kolejnym strajkiem kolejowych związkowców. Wąskie strużki reklamacji w bzdurnych sprawach codziennie zlewają się w wielką rzekę bezsensownej roboty, dającą życie tysiącom ludzi w tysiącach instytucji, które bez tego byłyby zbędne. Kolej (a właściwie jej wszystkie rozpączkowane spółki-matki i spółki-córki). Poczta. Firmy dostarczające gaz i prąd, które mimo nowoczesnego wizerunku są często polakierowaną wersją PRL-u. Urzędy.
Czy to jest naprawdę takie trudne: sprawdzić gdzie na świecie jest najlepsza poczta, najmniejsza biurokracja, najsprawniejsza służba zdrowia i najbardziej przyjazna kolej, a potem po prostu skopiować?
Czy w czasie kolejnej „wizyty studyjnej” prezes PKP nie mógłby, między jednym szampanem a drugim, zapytać swojego szwajcarskiego kolegi: „Słuchaj, Hans, jak ty to stary robisz, że te wasze Bahnen są takie czyste i punktualne? Fersztejen, Hans? Bo my w Polen niśt fersztejen.”
Albo czy nie mógłby chociaż zadzwonić do Jona ze Sztokholmu i zapytać, jak szwedzkie koleje radzą sobie ze śnieżycami, bez ogłaszania „ulegnięcia opóźnieniu o 345 minut”? Tym ostatnim szczególnie byłaby zainteresowana moja Żona, podróżująca ostatnio do Poznania.
O tym, że dyrektor Poczty Polskiej zadzwoni z podobnym pytaniem do swojego kumpla Johna z Royal Mail nawet nie marzę.
Na razie jest więc tak, że przez Internet mogę kupić bez problemu bilet do teatru, bilet do kina i w ogóle zapłacić komukolwiek za cokolwiek, chyba że jest to bilet PKP.
Jeśli przez najbliższą godzinę mój pociąg nie „ulegnie opóźnieniu” przez coroczną zimę stulecia, która – cóż za niespodzianka! – przyszła do nas w grudniu, to może jeszcze dziś sprawdzę reklamacyjną procedurę PKP.
Powymyślali jakieś internety. A dalej, w kolejkę stać i morda w kubeł! Postoi na śmierdzącym dworcu przed okienkiem ze sfrustrowaną życiem kasjerką, to inaczej zacznie gadać!

Kiedyś

Pochodzę z Piotrkowa Trybunalskiego. Jeżeli jeździsz trasą Warszawa-Katowice, to mijasz Piotrków z boku, między motelem w Polichnie, a wielką bełchatowską hałdą wyrastającą znienacka z równiny koło Kamieńska. Z trasy widać szare blokowiska, choć ja pamiętam swoje miasto jeszcze bez nich. Tam, gdzie dzisiaj dwupasmowa ulica prowadzi wśród bloków do wielkiego, postmodernistycznego kombinatu parafialnego, kiedyś malownicza wąska droga biegła wśród ogrodów do pachnącego kadzidłem i żywicą małego drewnianego kościoła.
Mimo wszystko, nadal między betonowymi klockami można dostrzec urok tego miasta, jeszcze majaczący pod warstwą powszechnej bylejakości. Utrzyma się? I jak długo?
W Piotrkowie mojego dzieciństwa całe życie toczyło się niegdyś wokół jednej fabryki. Jednego „zakładu pracy”, jak mówiono w PRL. Oczywiście były i inne „zakłady”, ale i tak najważniejsza była „Pioma”. „Pioma” produkowała maszyny górnicze i była prawdziwym potentatem. Miała swoje osiedla, swój klub sportowy i swój stadion, wybudowany na ostatnie komunistyczne dożynki. Miała swoje szkoły i przychodnię lekarską. Parę tysięcy dzieci pracowników jeździło w wakacje na zakładowe kolonie lub z rodzicami na wczasy do zakładowych ośrodków. Dzieci dostawały też od fabryki paczki na święta, a zmarli pracownicy – orkiestrę górniczą na pogrzebie. Miasto w mieście.
Oczywiście po bankructwie PRL wiele się zmieniło. Maszyny górnicze nie były już tak potrzebne, więc fabryka chwytała się jakichkolwiek zamówień, byle tylko utrzymać malejącą produkcję. Pozbyła się mieszkaniowo-sportowego imperium, które stało się zbędnym balastem. Na miejscu dożynkowego stadionu zbudowano supermarket.
Kilkanaście lat temu miałem w swoim życiu ciekawy epizod – ukończyłem szkolenie dla agentów ubezpieczeniowych. Uczono nas tam, jak rozmawiać z klientami, jak obliczać składki i oczywiście jak sprzedawać polisy. Ostatecznie agentem nie zostałem, bo jakoś nie poczułem do tego „smykałki”. Zapamiętałem jednak rozmowy z piotrkowskimi znajomymi, wpisanymi na listę moich pierwszych potencjalnych klientów.
– O, nie, wiesz, teraz to trzeba liczyć kasę, bo w „Piomie” źle się dzieje i zaraz będą zwalniać. Może kiedyś…
Trudno dyskutować z takim argumentem, zwłaszcza powtórzonym kilka razy przez różne osoby? Tak myślałem wtedy, dziś wiedziałbym jak zareagować na zastrzeżenie Klienta typu „nie teraz”. Tłumaczył mnie wiek i brak doświadczenia. Ubezpieczeniowy epizod przeszedł do historii, zająłem się (ze znacznie większym powodzeniem) wieloma innymi sprawami.
Niedawno w tym samym mieście załatwiałem jakieś formalności. Była okazja do spotkania z tymi samymi znajomymi, starszymi – jak i ja – o 12 lat. „Co słuchać, stary?”
– Nawet nie pytaj, źle się dzieje. Podobno w „Piomie” będą ludzi zwalniać. Czekamy, co będzie. Ech, kiedyś było inaczej…
Rozumiesz? Przez 12 lat kilkudziesięciotysięczne miasto (a przynajmniej spora jego część) żyje na mentalnych walizkach, bo „w Piomie będą zwalniać”. Od kilkunastu lat tysiące ludzi są pogrążone w apatii, bo „będzie źle”.
Przez 12 lat można skończyć trzy kierunki studiów (a dwa bez wysiłku). Przez 12 lat zdążyłem poznać swoją Żonę, ożenić się, zostać ojcem, zdobyć dwa nowe zawody, rozkręcić firmę, dwa razy się przeprowadzić… Zrobiłem też parę głupich błędów, ale przynajmniej miałem okazję je zrobić. Nie jestem jeszcze tam, gdzie chciałem, ale na pewno gdzie indziej, niż 12 lat temu.
W którym miejscu Ty jesteś?
Czy nie jest tak, że od roku – dwóch – pięciu – dwunastu – tkwisz w wiecznym „kiedyś”? „Kiedyś będę szefem sam dla siebie”. „Kiedyś założę firmę”. „Kiedyś schudnę”. „Kiedyś będę miał dużo pieniędzy”. „Kiedyś rzucę w cholerę to wszystko”. „Kiedyś będę realizować swoje marzenia”.
Kiedyś.
Ale kiedy?
Pomyśl, bo łatwo możesz przeoczyć moment, w którym słowo „kiedyś” gwałtownie zmieni swój czas gramatyczny. Z przyszłego na przeszły. „Kiedyś mogłem zrobić inaczej”. „Kiedyś było więcej możliwości”. „Kiedyś nie było tych smarkaczy z prowincji, dybiących na moje stanowisko za połowę pensji”.
To właśnie takie „kiedyś” musiało chyba spowodować, że w moim rodzinnym mieście istniało z woli radnych „Rondo Edwarda Gierka”. On przecież symbolizował to „kiedyś” – gdy w opinii wielu trawa była zieleńsza, ludzie szczęśliwsi, a paczki świąteczne słodsze, bo cukierki były z cukrem, a nie z aspartamem. Ronda Gierka już nie ma, ale tylko dlatego, że z kolejnego starcia dwóch wizji historii wyszła zwycięsko ta druga. Mentalne walizki nadal stoją w przedpokojach, wciąż nierozpakowane. W całym kraju, bo z takich Piotrkowów składa się Polska.
W „Piomie” będą zwalniać, w centrali firmy przygotowują reorganizację, w Ameryce był kryzys (ekonomiści już się podniecają myślą, że znowu będzie – i znów będą mogli pobrylować w mediach jako eksperci). Będą powodzie, upały lub mrozy i śnieżyce. Gdyby było za mało, to zawsze państwo może zarządzić jakąś ptasią grypę albo wypowiedzieć bohaterską wojnę dopalaczom, przepełnionym furgonetkom, krzyżom czy aferzystom.
Naprawdę, jest tyle powodów, by nic konstruktywnego nie robić, że aż nie wiadomo, który wybrać. Bo „teraz” trzeba gasić pożar, ale „kiedyś” – to dopiero pokażemy, ileśmy warci!
A tak szczerze, to o jakim „kiedyś” pomyślałeś, czytając tytuł tego felietonu? O „kiedyś” w przeszłości, czy o tym przyszłym?

Pięcioletnie pierwszaki, trzydziestoletnie nastolatki.

Anecie, Renacie, Jurkowi i Przemkowi dziękuję za inspirację.
Niedawno miałem przyjemność przysłuchiwać się ciekawej dyskusji dwóch zaprzyjaźnionych małżeństw na temat obniżonego wieku szkolnego. Przyjemność, bo mimo różnicy zdań (obie pary mają dzieci w wieku prawie szkolnym) rozmowa była niezwykle kulturalna.
Szkoła dla pięciolatków: zwiększanie szans czy odbieranie dzieciństwa?
Z jednej strony – trafia do mnie argument, że dzieciństwo jest teraz i tak niesamowicie długie. Kiedyś chłopak w wieku 14 lat był już mocno przyuczony do zawodu ojca, a szesnastolatce szukano męża. Dziś czternaście lat to dopiero półmetek edukacji. Zresztą, nie musimy wcale sięgać do odległej historii, w której królowa Jadwiga wyszła za mąż jako trzynastolatka (i to mająca za sobą dwa lata rządzenia krajem).
Moja Mama (czasy znacznie nam bliższe) mając siedemnaście lat zdała maturę i poszła do pracy w zdobytym właśnie zawodzie. Ja – podobnie jak Ty – zdawałem maturę w wieku lat dziewiętnastu, ale zamiast do pracy poszedłem na studia (bo zawodu jeszcze nie miałem, jak każdy absolwent LO). Automatycznie przedłużało to moje dzieciństwo o kolejne kilka lat. Dziś, jeśli rodzice żyją i nie mają nic przeciwko, dzieciństwo może trwać i do czterdziestki.
Ale nie mówmy tylko o pójściu do pracy i osobnej lodówce.
Dorośli (metrykalnie) ludzie mają dziś dylematy żywcem wzięte z okresu dojrzewania. Jeden po drugim powstają filmy o infantylnych trzydziestoparolatkach, które nie wiedzą, co chcą w życiu robić. Trzydziestoletnie nastolatki chlipią na „Jedz, módl się i kochaj” marząc o księciu porywającym je z ich open-space’u. Ludzie w wieku dawniej określanym z szacunkiem jako „średni”, dziś odnajdują w Internecie swoje szkolne miłości, a potem z dnia na dzień porzucają rodzinę. Zupełnie jak kiedyś, kiedy z dnia na dzień wymieniali Magdę na Ankę, bo ta druga chętniej pożyczała zeszyty z matmy.
Czy w takim razie dojrzewanie jest dziś wolniejsze? Nic z tych rzeczy. Dojrzewanie ciała i psychiki po prostu dramatycznie się rozeszło.
Niejedna czternastolatka ubiera się i wygląda (nie mówiąc o doświadczeniach) poważniej, niż studentka. Budzi to popłoch wśród panów mających, owszem, ochotę na „młodszy model”, ale nie na wyrok za pedofilię. Maturzystki wyglądają starzej, niż ich nauczycielki. Nieprzeżyte dzieciństwo drzemie, zaduszone warstwą makijażu, ale obudzi się, spokojna głowa, za kilkanaście lat. Razem z lekturą „Dzienników Bridget Jones” obłożonych w papier w Kubusiem Puchatkiem.
Jako początkujący nastolatek chodziłem do szkoły muzycznej. Co pół roku odbywał się egzamin decydujący o pozostaniu w szkole, bez możliwości poprawki. Rozumiesz? Grasz przed komisją kilkuminutowy utwór, który stanowi o Twoim być albo nie być. Bez odwołań, powtórnego zliczania punktów, podciągania oceny w następnej sesji. Na korytarzu nie czeka psycholog gotów utulić spłakanego ośmio- czy nawet dwunastolatka, który właśnie na zawsze zakończył swoją muzyczną karierę, bo zbyt często nie trafiał w klawisze.
Porównaj to z nową maturą, którą możesz powtarzać co pół roku ad mortem defecatam, bo na psychologii w Krakowie potrzebna Ci jest średnia o pół punktu wyższa niż na zarządzaniu i marketingu w Warszawie, a właśnie chcesz się przenieść…
Gdzie więc to mityczne dzieciństwo? Gdzie te lata szczęśliwe, które trzeba chronić przed pomysłami urzędników z Alei Szucha?
Z drugiej strony, szkoła wcale nie jest miejscem dobrym dla dzieci. Jeśli wziąć pod uwagę to, z czym moje dziecko może się zetknąć w typowej „państwowej” szkole, to chyba już wolałbym je zabierać do nocnego klubu. Tam przynajmniej bezpieczeństwa pilnuje ochroniarz, a nie sfrustrowany niedouk barykadujący się w czasie przerwy w pokoju nauczycielskim. Narkotyków i seksu w toaletach tyle samo, ale przemocy mniej. No i nikt nie zakłada barmanowi kosza od śmieci na głowę.
Tak, zdecydowanie szkoła powinna być dozwolona od 18 roku życia.
Mojej podstawówki serdecznie nienawidziłem. Gdyby nie harcerstwo, uważałbym ją za czas stracony. Do dziś pamiętam smród przepoconego korytarza i zasikanych toalet, popisane ławki lepiące się od gum do żucia, kilogramy podręczników noszonych z jednej nudnej lekcji na drugą.
Ale nawet nie to było najgorsze. W szkole nauczyłem się, że słabszy przegrywa i że niesprawiedliwość bierze górę. WF i tzw. „prace społeczne” wyrobiły we mnie odrazę do fizycznego wysiłku. Do dziś nie umiem się uczyć, bo przez pierwsze lata nie miałem takiej potrzeby. W myśl egalitarnego przesądu dzieci płynnie czytające uczą się bowiem razem z tymi, które kiepsko rozróżniają litery. Tabliczki mnożenia nauczył mnie mój Tata, a wiedzę o świecie czerpałem z połykanych książek, w tym z mojej ulubionej lektury – zaczytanej na strzępy encyklopedii. W mojej edukacji podstawówka jest czarną dziurą.
Na szczęście trafiłem potem do dobrego liceum, szkoły z tradycjami, z nauczycielami zasługującymi na szacunek i z przyjazną atmosferą. Jednak tych pierwszych ośmiu lat nikt mi nie zwróci.
A może taka brutalna szkoła życia jest potrzebna?
Może w tym świecie (który, jak mówi Biblia, „cały podlega mocy Niegodziwca”) po prostu trzeba pokazać dzieciom, jak jest naprawdę? Może przemoc, niesprawiedliwość i przebywanie w nieestetycznym otoczeniu to lepszy trening przed wejściem w dorosłość, niż rozwiązywanie równań i wkuwanie „Litwo, ojczyzno moja”?
Może potrzebne jest takie drastyczne rozstanie z bajkami, w których dobro wygrywa, a cnota jest nagrodzona?
Nic to, mamy jeszcze chwilę czasu na wybór szkoły dla naszego dziecka. Jeśli, oczywiście, urzędnicy z Ministerstwa Etatów Nauczycielskich nie wymyślą kolejnej reformy, ratującej tysiące „mianowanych” i „dyplomowanych” (i jakich tam jeszcze mają) przed skutkami demograficznego niżu.
Bo przecież zdajesz sobie sprawę, że tu wcale nie chodzi o dobro dzieci?

Smakowite życie

Gdzież ta zalewajka autorstwa mojej Babci, smak mojego dzieciństwa! Gdzie bigos mojej Mamy i jej dekoracje sałatek na rodzinne spotkania!
Mam to szczęście, że moja Żona gotuje wyśmienicie. Agata robi to z sercem, eksperymentuje, ciągle się dokształca i poluje na każdą nową książkę Jamiego Olivera.
Dla mnie to szczęście, dla restauracyj (z których, z zawodowych powodów, korzystamy często) niekoniecznie. Moja Żona WIE jak powinny być zrobione potrawy wymienione w menu i na dodatek potrafi je przyrządzić. Wie, jak powinny smakować i co takiego się stało, że nie smakują. Potrafi też, w przeciwieństwie do mnie, odróżnić zapisaną w menu polędwicę od kilkakrotnie tańszej karkówki z nie wiadomo jakiego źródła. (Korzystając z okazji zasyłam wyrazy braku szacunku dla piotrkowskiego „Ormianina”, która to restauracja kiedyś próbowała nam sprzedać to drugie jako to pierwsze).
Jako ekonomiczny darwinista tłumaczę sobie, że po prostu dobra kuchnia nie jest większości klientów potrzebna. Gdy jedzenie „na mieście” oznacza 20-minutową przerwę na lunch, z komórką przy uchu albo klientem po drugiej stronie stolika, a jedzenie w domu oznacza podgrzewanie w mikrofalówce mrożonek albo zapasów od rodziców, trudno być wybrednym. „Jedz, pij i popuszczaj pasa” to już zupełnie nie o naszej epoce. Z biesiad mamy tylko piosenkę biesiadną (z tym pierwszym słowem mającą tyle wspólnego, co galeria handlowa z galerią sztuki).
Jest coś jeszcze. Nie liczyłem, ale idę o zakład, że w Internecie znalazłoby się więcej stron o odchudzaniu i diecie, niż o radości z jedzenia. Im więcej w kolorowych czasopismach artykułów o zdrowym odżywianiu, tym trudniej zjeść poza domem coś, co sprawia przyjemność. Przypominam, że według mądrej definicji WHO zdrowie to „stan pełnego, dobrego samopoczucia, a nie tylko brak choroby”. Trudno mówić o dobrym samopoczuciu, gdy jesz z tabelką kaloryczną w głowie, albo gdy na zjedzenie obiadu masz 20 minut i wolisz nie wiedzieć, z czego jest zrobiony.  
Myślę jednak, że nie jest to tylko kwestia braku czasu.
Może po prostu człowiek musi sobie znaleźć coś, czym się będzie katować, nie śpiąc po nocach i czując wyrzuty sumienia za dnia? 
Może miejsce średniowiecznych procesji biczowników zajęły internetowe fora o dietach? Może ludzie XXI wieku boją się cholesterolu, rozstępów i tłuszczu na udach, bo nie boją się już piekła z siarką i rogatymi diabłami, a czegoś bać się muszą? Rak jest zbyt straszny, wojna i terroryści zbyt daleko, ale centymetry w talii niepokojąco blisko. Do tego każda kolorowa gazeta poleca inną dietę i straszy innymi konsekwencjami. To naprawdę wystarczy, by czuć się nieswojo jedząc z apetytem i bez jakiegoś wyrzeczenia.
Swoją drogą, czy to nie dziwne, że w naszej kulturze grzeszne jest to, co najprzyjemniejsze i najbardziej naturalne: jedzenie i seks? Zarazem – czy to nie dziwne, że w tych dwóch dziedzinach ludzie wybierają albo post i powierzchowną bylejakość, albo – idąc ze skrajności w skrajność – zatracają to, co normalne i naturalne, i szukają udziwnień? 
Zostawmy filozofowanie. Prawda jest taka, że zjedzenie „na mieście” normalnego, uczciwej wielkości kawałka mięsa o smaku mięsa jest coraz trudniejsze.
Coraz więcej miejsc snobuje się na potrawy typu „duszone jądra delfina w brązowym sosie z żabich wymiocin, podane na słodko z sałatką z islandzkiego mchu”. Wszystko oczywiście w ilościach homeopatycznych, nadziubdziane na środku wielkiego talerza, otoczone jakimiś picassami z sosu albo zieleniną. Plasterek czegoś utopiony w kilogramie liści absolutnie nie zaspokaja mojego głodu, a wręcz przeciwnie. 
Na szczęście prawdziwa kuchnia jeszcze się broni. Osobnego felietonu wymagałoby wyjaśnienie, dlaczego broni się przede wszystkim kuchnia cudzoziemska. W Warszawie (gdzie mieszkam od kilkunastu lat) broni się na przykład sieć rodzeństwa Kręglickich, nie tylko smaczna, ale naprawdę przyjazna dla rodzin z dziećmi. W „Chianti” przy ulicy Foksal nasza Córka obchodziła pierwsze urodziny, a tuż obok, w „Opasłym tomie”, pierwszy raz, ze smakiem, jadła ślimaka (brr…). Na drugim cenowym biegunie – jedyny w Warszawie prawdziwy kebab „Efes” (Saska Kępa) oraz odwiedzany przez nas od lat wietnamski barek w oficynach Nowego Świata pod swojsko brzmiącą nazwą „Co tu”. Nie mam pojęcia, co po wietnamsku znaczą te dwie sylaby, ale w dialekcie hanojskim oznacza to pewnie „niedrogo-smacznie-i-z-miłą-obsługą”.
Trochę gorzej jest z rodzimą kuchnią. Porządny schabowy czy rosół z prawdziwej kury budzi u liczących kalorie sałatkożerców zabobonną odrazę. Kuchnia polska to zatem albo identycznie nijakie bary z obowiązkowym zdjęciem de volaille’a z frytkami na podświetlanym szyldzie coca-coli (służące chyba tylko do szkolenia kontrolerów sanepidu z wypisywania mandatów), albo modne od kilku lat „wiejskie stoły” na miejskich weselach. Nostalgiczna pamiątka mieszkańców blokowisk po dzieciństwie u dziadków na wsi… Trzecia wersja „kuchni polskiej” to chwyt marketingowy obłędnie drogich restauracyj dla snobów.
Nieliczne pozytywne wyjątki z naprawdę dobrą polską kuchnią (uczciwa porcja za rozsądną cenę) to na przykład klimatyczna „Gospoda do syta” w Aninie, albo „Zaścianek” przy Paryskiej. Tam czuć rękę gospodarza, a pańskie oko tuczy nie tylko konia w przysłowiu.
Prowadząc szkolenia jeździmy po całym kraju, co oznacza stołowanie się w różnych miejscach. Sytuacja jest podobna, jak w Warszawie: mnóstwo bylejakości, ale i gastronomiczne perły, które chce się odwiedzać, nawet nadkładając drogi. Niesamowite placki z gulaszem pod Rajgrodem, na które urywaliśmy się z Bartkiem, moim współtrenerem, każdego dnia po zajęciach. „Karczma pod gołębiem” w Nidzicy, obowiązkowy przystanek przy trasie Warszawa-Gdańsk, gdzie żurek robi się z żuru, a nie z E-666, a jajecznica smakuje jak jajecznica.
A skoro już jesteśmy przy gołębiach – za moich studenckich czasów w Krakowie przy Gołębiej istniała przeurocza maleńka herbaciarnia „Gołębnik”, prowadzona przez dwie panie, bodajże matkę i córkę. Chodziło się tam na pyszną herbatę (każdy dzbanek nakryty kolorową „czapką”) i tosty. „Gołębnik” był stałym punktem moich późniejszych wizyt w Krakowie – niestety, ostatnim razem zastałem tam już tylko opróżniony lokal, zamknięty na głucho. Smak „dwóch tostów ze wszystkim” pamiętam jednak do dziś.
O smaku decyduje bowiem serce, a nie miejsce czy sam przepis. Przykład?
Trudno znaleźć bardziej odczłowieczone miejsce, niż centrum handlowe, a w nim jeszcze bardziej odczłowieczone miejsce, niż sieciowy barek. I właśnie w takim miejscu, w Coffeeheaven w warszawskiej „Promenadzie” pewnego zwykłego dnia przeżyłem coś niezwykłego. „To co zawsze?” – zapytał mnie barista. Na chwilę poczułem się, jak przedwojenny Krakowianin, który od pół wieku co niedziela przychodzi do „Noworola”, siada przy tym samym stoliku i zamawia to samo od lat ciastko. Nawet w kartonowym kubku biała czekoladowa mokka (czyli „to co zawsze”) smakowała tego dnia inaczej.
To właśnie wtedy ostatecznie poczułem się mieszczuchem.

Dziwna jest ta "Pierwsza brygada"…

11 listopada: dzień, w którym słowo „niepodległość” jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Dygnitarze składają kwiaty przed tablicami i pomnikami, harcerze prężą się na wartach honorowych, polonistki przygotowały patriotyczne akademie. Orkiestry dęte od tygodni ćwiczyły „Pierwszą brygadę”.
Wiesz, że przed wojną „Pierwsza brygada” była nawet kandydatką na hymn państwowy? Choć przegrała z „Mazurkiem Dąbrowskiego” (też pieśnią Legionów Polskich, ale z innego okresu), to chyba tylko dlatego, że państwo nie może mieć dwóch hymnów. Przez całe Dwudziestolecie – i znów od 1989 roku – „Pierwsza brygada”, obok „Roty”, towarzyszy narodowym obchodom.
Cofnijmy się na chwilę w czasie, do sierpnia 1914 roku. Zaczyna się wielka wojna, nazwana później pierwszą wojną światową, a w niej stają przeciwko sobie zaborcy Polski: Austriacy i Niemcy przeciwko Rosji. Na krakowskich Oleandrach Józef Piłsudski tworzy I Kompanię Kadrową, zalążek przyszłych Legionów. Za kilka dni tych 144 patriotycznie wychowanych chłopaków wymaszeruje w stronę Warszawy, aby zrobić to, o czym marzyli ich dziadkowie: wzniecić powstanie i przywrócić Polakom niepodległość. Jak zareagują sami zainteresowani?
„Krzyczeli, żeśmy stumanieli…”, napisali o tym później autorzy „Pierwszej brygady”. Krzyczeli? Bez przesady. Polacy byli po prostu obojętni. W Kielcach wchodzącą kompanię powitały trzaskające okiennice. Zamykano je, żeby nie widzieć i nie słyszeć „tych awanturników”. Naprawdę nikt nie miał ochoty mieszać w panującym dotąd porządku. Ludzie mieli pracę, mieszkania, plany na przyszłość. Niby co i po co mieli zmieniać? Ideały odfajkowywali idąc w niedzielę do kościoła i ewentualnie śpiewając tam o „ojczyźnie wolnej”, co to ją im „raczy wrócić Pan”.
Aha, zapomniałbym dodać, że nie robili tego pod przymusem. Rosyjski garnizon wyszedł z Kielc, zanim weszły tam dzieciaki od Piłsudskiego. Jedynymi, którzy przyłączyli się do polskiej armii byli członkowie strażackiej orkiestry (dlatego melodia rosyjskiego  marsza stała się melodią „Pierwszej brygady” – po prostu takie nuty zabrali strażacy). Próba wywołania powstania w Warszawie skończyła się gorzej, niż żałośnie. Kompania wróciła do Galicji.
Oczywiście, kiedy w listopadzie 1918 roku nie było już zaborców, a Piłsudski przejął władzę i ogłosił niepodległość Polski, nikt nie protestował. Były flagi wywieszane na domach, były patriotyczne pieśni śpiewane aż do ochrypnięcia, były tłumy na dziękczynnych nabożeństwach. Zniknęli pruscy i rosyjscy wynaradawiacze, którymi do dziś straszy się dzieci w szkołach – czy nastał raj na ziemi? Oczywiście, że nie.
Nie zniknęła bieda, ciemnota ani przestępczość. Maciejowski, najsłynniejszy międzywojenny kat, bywało że wieszał i po kilkudziesięciu zbrodniarzy miesięcznie. Miejsce skorumpowanych i niekompetentnych urzędników zsyłanych karnie z Rosji do „Priwislanskowo Kraja” zajęli nasi rodacy. Śmieszy Cię „Kariera Nikodema Dyzmy”? Pewnie dzięki genialnemu Romanowi Wilhelmiemu, bo mało kto zastanawia się nad światem w niej przedstawionym. Dołęga-Mostowicz naprawdę niewiele przesadził.
Wojna i PRL, o ironio, umocniły mit II Rzeczypospolitej jako kraju szczęśliwości i patriotyzmu. Polskie elity spoczęły w Katyniu i Palmirach, a jej potencjalni następcy – w gruzach Warszawy. Nieliczne inteligenckie niedobitki poparły nowych panów. Władzę objęli „chłopcy o twarzach ziemniaczanych”, jak nazwał ich cytowany już na tym blogu Zbigniew Herbert. Przy tym, co wyprawiali, wyczyny Dyzmy i jego kolegów wydają się dziś szczytem praworządności i rozsądku, a poza tym o zmarłych się podobno źle nie mówi.
„Pierwszą brygadę” śpiewają więc z namaszczeniem nawet ci, dla których Piłsudski powinien być wcielonym diabłem, choćby z racji jego stosunku do religii.
Każda epoka ma swoje protest-songi. „Pierwsza brygada”, „Dziwny jest ten świat”, „Mury” i „Przeżyj to sam” mogą być grane non-stop przez wszystkie rozgłośnie kraju, ale pozostaną intelektualną niszą. Większość i tak wybierze „Majteczki w kropeczki, łohohoho” i „Prawy do lewego, wypij kolego”, bo nie zrozumie, co ma „przeżyć sam” i dlaczego „mury rosły”. Zaśpiewa, bujając się wraz z tłumem, ale nie zrozumie.
Porywy serc, jak morza zniczy w żałobie narodowej albo gromadne obchodzenie świąt, są tylko porywami, eksplozją sentymentów. Wypowiadane przy choince życzenia bywają mniej trwałe od samej choinki. Mechanicznie odklepywane co niedzielę pobożne formułki ulatują już przy wyjściu z kościoła. Nie musiało minąć wiele tygodni, by większość płaczących po papieżu i po pasażerach tupolewa (albo wieszających na samochodach biało-czerwone szmatki, bo polscy sportowcy akurat grali jakiś mecz) wyrzuciła ich z serca. By miała ich – pięknie to określił kiedyś Julian Tuwim – „wprost przeciwnie i niżej”.
A może miała ich tam zawsze? Może nie chodziło o wyrażenie szczerych uczuć, ale po prostu o to, że fajnie jest być w większości? Może Kielczanie w 1914 roku byli ze swoimi trzaskającymi okiennicami uczciwsi, bo chociaż nie udawali, że im zależy?
Tak naprawdę tu wcale nie chodzi o niepodległość państwową. Chodzi o Twoją osobistą niepodległość, a ona nie ma nic wspólnego z polityką. To o wiele więcej, niż potrząsanie totemem w barwach narodowych. To Twoja wolność decydowania. Wolność od bezmyślnego powtarzania złych nawyków, „bo tak się zawsze robiło”. Od ślepego podążania za innymi.
Potrzebna Ci jest w ogóle? Myślałeś o tym? Nie lepiej, jak ktoś decyduje za Ciebie?
„Pierwszej brygady” wcale nie pisano jako przyszły polski hymn. Była to pieśń rozczarowania, żalu, zawiedzionych nadziei, ale i hardości.
„Nie chcemy już od was uznania,
Ni waszych mów, ni waszych łez.
Już skończył się czas kołatania
Do waszych serc, …”
W oficjalnej wersji ten ostatni wers kończy się słowami „do waszych kies”. Dlaczego, skoro legionistom wcale nie chodziło o pieniądze? Nie wiadomo. Jest to jednak wariant w sam raz nadający się do śpiewania na patriotycznych akademiach ku czci. Słowa trochę bez sensu, ale ładnie brzmią.
Oryginalne zakończenie było jednak inne. Bardziej logiczne, ale i bardziej dosadne, więc nie usłyszysz go 11 listopada w telewizji. Chcesz wiedzieć, jak brzmiało – poszukaj. A jeśli jesteś ideowcem, który próbując uszczęśliwiać innych czasem zostaje sam, to może się nawet pod tym podpiszesz.

Każdy dzisiaj wygrać może

Do skrzynki na listy dostałem pierwsze reklamy wyborcze. Z wolnym miejscem na numer listy (nie wiem, mam teraz sam sobie wpisać, czy jak?) i z błędami. Co ciekawsze ulotki zbieram, żeby potem mieć materiał porównawczy na moje szkolenia, ale grupą docelową nie jestem. Przed ostatnimi wyborami wykreślono mnie przez pomyłkę z rejestru wyborców – i niech już tak zostanie.  
Dowcip głosi, że chodzenie na wybory w celu wybrania lepszych rządów (samorządów), to jak chodzenie do agencji towarzyskiej w celu wybrania sobie żony. Mi przychodzi do głowy inne porównanie: gra w trzy karty.
Wybierasz Kaczyńskiego, podnosisz kartę, a tam Lepper. Wybierasz dekomunizację i walkę z „układem”, a tam peany na cześć Gierka, bo trzeba uściubić parę procent głosów lewicy.
Wybierasz Tuska i 15% VAT, podnosisz kartę, a tam Miro z Grzechem i VAT 23%. Wybierasz „partię miłości”, a tam „wojna domowa” z „bydłem” i „hodowcami zwierząt futerkowych”
Oczywiście dotyczy to nie tylko polityki. 
Wybierasz włażącego Ci w … „przedstawiciela handlowego”, ale to tylko wersja demo. Po podpisaniu umowy uprzejmy akwizytor dla którego „nie ma, panie Jerzy, rzeczy niemożliwych” znika jak sen złoty i zostajesz sam na sam z rzadko dostępną, niekompetentną infolinią dla już zwerbowanych jeleni.
Wybierasz lśniącą kolorami reklamę i zapach nowego samochodu w czasie jazdy próbnej, a potem dostajesz dwa miesiące czekania na brakującą część w serwisie, bo „wie pan, to akurat się często psuje”.
Wybierasz jedno z najsłynniejszych polskich SPA, które właśnie dostało kolejną gwiazdkę i reklamuje się jako przyjazne dla rodzin, a w pakiecie dostajesz zimny basen i menu nienadające się dla dzieci (dla dorosłych, szczerze mówiąc, też nie bardzo).
Wybierasz „moralny autorytet”, a dostajesz człowieka tuszującego sprawy, od których włos się na głowie jeży.
Od czasu do czasu ktoś odchodzi od stolika, głośno narzekając na oszustwo. Wydawałoby się, że to mała strata dla właściciela interesu, bo ciżba się tłoczy i amatorów gruszek na wierzbie nie brakuje. Jednak nawet takie pojedyncze dezercje mogą popsuć wizerunek rozdającego trzy karty. Co więc się dzieje? 
Politycy stają na uszach, by zwiększyć wyborczą frekwencję. Telewizja nadaje reklamy agitujące do głosowania, sieci komórkowe rozsyłają spam „idź na wybory”, nawet księża wymyślili nowy grzech. Pojawiają się pomysły wydłużenia wyborów do dwóch dni. Chyba niedługo urny wyborcze będą instalowane w hipermarketach przy linii kas (jak zagłosujesz, dostaniesz w promocji małą gumową piłeczkę w barwach narodowych). Po co to wszystko? To proste.
Namawianie do udziału w wyborach to niezły socjotechniczny trick. Poszedłeś – nie krytykuj, bo sam wybrałeś. Nie poszedłeś – tym bardziej nie krytykuj, bo „mogłeś mieć wpływ, a sam zrezygnowałeś”. Można się chwalić wysoką frekwencją i zrzucić odpowiedzialność na wyborców („naród wybrał”), choć z góry wiadomo, że po wyborach wcale nie będzie rządzić ugrupowanie z największą ilością głosów, tylko jakaś sklecona z kompromisów koalicja. 
W pakiecie z ugrupowaniem mającym wypisaną na sztandarach walkę z korupcją i bezprawiem dostaniesz więc partię znaną z najciemniejszych interesów. Z partią uchodzącą za liberalną – najgorszych aferzystów ostatnich lat i podwyżkę podatków. Do tego zawsze jest jakieś zaplecze: nieuwikłany, sprawiający wrażenie porządnego (choć i nijakiego) ideowiec zawsze okazuje się być czyjąś pacynką. Zza pląsającego w dyskotekach „młodego, wykształconego, z dużego ośrodka” kandydata zawsze wychynie jakiś betonowy towarzysz z lat stanu wojennego. Ktoś uwierzy w nowoczesną twarz dobrze znanego polityka, reprezentowanego przez nowego rzutkiego PR-owca? Szybko zostanie sprowadzony na ziemię newsem o tym, że to tylko pic, że prezes brał silne leki i że po wyborach wracamy do normalności. 
Myślisz, ze wybierasz wszechmocne bóstwo, które za pstryknięciem palcami zmieni oblicze kraju, zbuduje stadiony i obwodnice, wyleczy niepłodność i obniży podatki, a dostajesz człowieka. Bo to od początku był człowiek, tylko Ty wolałeś się łudzić, że to ktoś więcej. Że chce i może spełnić to, co obiecał.
Po prostu, oglądając przedwyborczy festiwal obietnic wierzyłeś, że wybierasz jakiegoś wszechwładnego faraona, który dekretem przywróci normalność i dostatek.
Jak długo chcesz być darmowym testerem socjotechnik?
Ile czasu możesz stać przy bazarowym stoliku wgapiony w trzy karty, by ktoś uznał, że najwidoczniej lubisz tę zabawę? Masz perwersyjną przyjemność z tego, że ktoś Cię robi w konia, czy naprawdę sądzisz, że w końcu wygrasz?

Bóg tak chciał?

Większość Polaków wychowała się w tradycji chrześcijańskiej, więc zapewne chodziła na lekcje religii. Dowiedziała się tam, że dobry i wszechmogący Bóg umieścił stworzonego przez siebie człowieka w raju, aby tam żył na wieki w szczęściu. Niestety, człowiek zgrzeszył, za co poniósł znane mu wcześniej konsekwencje: utracił raj i nieśmiertelność. Bóg jednak – mówi teologia – postarał się o naprawienie szkód i w przyszłości człowiek znów zamieszka w raju. Pod jakimi warunkami, jak ten raj będzie wyglądał, jak będzie wyglądało przejście z obecnego świata do przyszłego i co dzieje się z człowiekiem po śmierci – tu każdy odłam religijny ma swoje teorie.
Śmierć bliskiej osoby jest dla nas stratą i powoduje ból, nawet jeśli wierzymy w spotkanie z nią kiedyś, w innej rzeczywistości. Boli nas każde rozstanie, szczególnie na dłużej, więc trudno się dziwić, że smuci Cię czyjaś śmierć i że wspominasz zmarłą osobę.
Kiedy pójdziesz na cmentarz – a zrobi to w najbliższych dniach większość Polaków – na grobach znajdziesz więc różne napisy wyrażające smutek, ale i wiarę. I cóż tam możesz przeczytać? Bardzo często „Bóg tak chciał”.
Psychologowie dokładnie opisali proces przeżywania straty. Zaprzeczenie, złość, targowanie się, bierne przyjęcie do wiadomości, pogodzenie się (często związane z racjonalizacją tego, co się stało). Znajdziesz to w każdym podręczniku psychologii, co oczywiście wcale nie znaczy, że mądrzy autorzy potrafią na to cokolwiek poradzić. Tak to już jest z naukowcami – od psychologii do informatyki – że potrafią świetnie opisać każdy problem, wcale go nie rozwiązując.
„Bóg tak chciał” to coś pomiędzy biernym przyjęciem a racjonalizacją. „Wierzę w dobrego Boga” i „Umarł ktoś mi bliski” to dysonans. Jak to pogodzić? Wymyślamy wtedy różne ciekawe uzasadnienia. A to, że „tak mu było pisane”. A to, że śmierć była karą boską (dla zmarłego lub jego bliskich). A to, że „Bóg potrzebował go u siebie” (szczególnie dotyczy to osób uzdolnionych lub małych dzieci).
Myśl o tym, że dobry Bóg zsyła raka mózgu na babcię, żeby ukarać wnuczkę, albo że kompletuje właśnie ekipę remontową (skoro brakowało mu akurat pana Zdziśka, świetnego glazurnika) mnie przeraża – nie wiem, jak Ciebie. Na pomysł, że Bóg zabiera rodzicom ukochane dziecko w celu „powiększenia grona aniołków” nawet nie wiem, co powiedzieć. 
Komuś, kto nie jest chrześcijaninem jest o tyle łatwiej, że każde z tych uzasadnień może przyjąć bez zastrzeżeń, a nawet wymyślić własne. Zeus z Ozyrysem przegrał pana Zdziśka w karty, więc Atropos przecięła nitkę życia i pan Zdzisiek wpadł pod samochód. Albo Syriusz był w niekorzystnej konstelacji z Wenus. Albo tak było zapisane w odwiecznej księdze przeznaczenia pod hasłem „Iksiński, Zdzisław (Polska)”. Albo w ogóle nie musi się nad tym zastanawiać.
Co innego chrześcijanin, a przynajmniej osoba tak się określająca. Chrześcijaństwo mówi o miłości do Boga, a trudno kochać chimerycznego tyrana, który raz pozwoli Ci wygrać w totolotka, a raz wepchnie pod tramwaj. Jeszcze trudniej uwierzyć, że wepchnięcie pod tramwaj było aktem Bożej miłości, wielką tajemnicą wiary i miało swój głęboki, metafizyczny sens. (Zauważyłeś, że jeśli ktoś nie potrafi czegoś wyjaśnić, to zaczyna bełkotać, jak w ostatnim zdaniu?)
Bóg tak chciał?
Kim jest Twój Bóg? Złośliwym despotą zabierającym rodzicom dzieci, a dzieciom rodziców, którego trzeba przebłagać pójściem co jakiś czas do kościoła i w miarę porządnym życiem? Luzackim Dżizasem, radykalnym rewolucjonistą, który kocha gejów, słucha rocka i uwielbia grepsy w rodzaju „kochajta i róbta co chceta”, ale kompletnie niczego od nikogo nie wymaga? Staruszkiem z białą brodą, siedzącym gdzieś na chmurce, który może ma trochę niedzisiejsze poglądy, ale trzeba w niego wierzyć, bo to „wiara naszych ojców”? Słodkim Jezuskiem luli-luli-laj, którego utula matula, bo nie ma kolebeczki, a pasterze śpiewają i ciupażkami machają?
Na czym opierasz swe przekonania? Na okrągłych, choć niezrozumiałych kazaniach, w których „transcendentny w swej immanencji Pan umiłował osobę ludzką”? Na własnej światopoglądowej sałatce łączącej Jana Pawła II z Dalajlamą, a święcenie wielkanocnego koszyczka z kabałą i wiarą w reinkarnację? Na formułkach wyuczonych jeszcze przed pierwszą komunią, nakazujących wyspowiadać się z niemówienia paciorka, niechodzenia do kościółka i „uprawiania nieczystości sam ze sobą”?
A może na Biblii? Poznajesz ją – czy uważasz, że jest zbyt odległa, za trudna i trzeba zostawić ją zawodowcom od spraw religijnych?
Do kogo i o co będziesz się modlić 1 listopada i każdego innego dnia?

Pzdr.

Telefonowi mojej Żony skończyła się gwarancja, co oznacza, że niemal natychmiast zaczął szwankować. Nie wiem, czy pracują nad tym sztaby inżynierów, czy to czysty przypadek, ale czas używania wielu urządzeń odpowiada mniej-więcej okresowi gwarancji. Zanim gwarancja minie (a klawisze zaczną się zacinać), dzwoni telemarketer i proponuje do wyboru kilka nowych aparatów. Dla normalnego człowieka nie różnią się one niczym poza nazwami przypominającymi imiona robotów z „Gwiezdnych wojen”. Fani z kolei podniecają się ilością nowych opcji.
Czasy, w których telefony służyły do dzwonienia minęły bezpowrotnie. Teraz telefon ma lepsze parametry robienia zdjęć, niż kiedyś aparat fotograficzny i mieści więcej danych, niż mój pierwszy komputer. Mogę w nim ściągać pocztę, surfować po Internecie, a nawet otwierać pliki PDF (naprawdę, dokument A4 w wyświetlaczu 3,5×5 cm wygląda czadowo). Cenię sobie gry, ponieważ uprzyjemniają mi czas pobytu w pewnym miejscu, w którym czytać nie zawsze wypada. 
Nie oznacza to, że z mojego telefonu mogę dzwonić. To znaczy, teoretycznie mogę, ale odkąd na pobliskim ratuszu postawiono antenę do przesyłania danych do nowych dowodów osobistych, aby porozmawiać muszę albo trzymać telefon i ucho przy szybie (i nie za bardzo machać głową), albo wyjść do przedpokoju. Moja sieć komórkowa oferuje mi coraz bardziej wypasione aparaty, ale niekoniecznie lepszy zasięg.
Być może gdybym znał się bardziej na nowoczesnych technologiach, doceniłbym zaawansowanie technologiczne producentów telefonów. Być może mój telefon mógłby mi posłużyć do zarządzania tym blogiem, a po podłączeniu odpowiedniej przystawki ugotowałby obiad. Niestety, technika nie jest moją najmocniejszą stroną, więc rozszyfrowanie opcji nowego aparatu zajmuje mi 2 lata. Akurat tyle, ile wynosi okres gwarancji. Wtedy telefon się psuje, wymieniam go na nowy, a że już nie produkują takiego, jak miałem, uczę się znów kolejnego aparatu. Da capo al fine.
W nowej nokii mojej Żony projektanci pomyśleli o ułatwieniu życia użytkownikom wysyłającym SMS-y. Jest więc 10 esemesowych szablonów, które wystarczy tylko uzupełnić, zamiast pracowicie wklepywać całość kciukami litera po literze. 
Jakie są szablony, czyli najpotrzebniejsze wzory SMS-ów?
  1. „Do zobaczenia o…”
  2. „Do zobaczenia w…”
  3. „Nie mogę Ci pomóc”
  4. „Przyjeżdżam o…”
  5. „Sp. się. Będę tam o…”
  6. „W domu. Zadzwoń”
  7. „W pracy. Zadzwoń”
  8. „Zadzwoń, proszę”
  9. „Zebranie. Zadzwoń o…”
  10. „Zebranie odwołane”
Zauważ, że wśród tych najpotrzebniejszych (najpopularniejszych?) szablonów są tylko takie, która wiążą się z pracą lub z terminarzem. Najbardziej osobisty („Nie mogę Ci pomóc”) raczej burzy kontakt, niż go podtrzymuje. Nie ma szablonu „Kocham Cię” ani nawet skrótowego „Myś. o Tobie” czy „Tęsk.”. Zapracowany biznesmen byłby wdzięczny za szablon „Nie cz. z kolacją”, mocniejszy od „sp. się”. Nie jestem też pewien, czy na pewno żadna kobieta nie wysłała żadnemu mężczyźnie SMS-a „Będziemy mieli dz.”. Lista szablonów kończy się jednak na „Zebranie odwołane”, a nie „Z nami koniec”.
Może dlatego, byśmy mówili takie rzeczy bezpośrednio albo wpisywali ręcznie, zamiast wyręczać się automatem?
Kiedy wysyłam firmowy mailing, niemal natychmiast mam w skrzynce kilkanaście automatycznych odpowiedzi „Jestem w delegacji” lub „Nie ma mnie w biurze”, często z tych samych skrzynek. Posiadacze tych adresów mają pewnie rodziny, ludzi którzy czekają na nich, a nie na raport z wyjazdu i rozliczenie zaliczki. Pół życia spędzają w podróży służbowej, więc telefon i służbowy laptop służy im także do porozumiewania się z bliskimi. W Polsce jest kilkadziesiąt milionów aktywnych kart SIM – czy ktoś uwierzy, że wszystkie SMS-y dotyczą tylko spraw zawodowych? Telefonem, mailem, wpisem na gadu-gadu chcemy wyrazić wszystkie te emocje, które wyrazilibyśmy twarzą w twarz, ale nie mamy okazji lub odwagi się spotkać. Postęp techniczny wcale nie dał nam więcej czasu dla siebie.
Właśnie dlatego wcale nie zżymam się na nowe technologie komunikacyjne. Z maila korzystam częściej niż z telefonu i wolę to od wielu spotkań rozbijających cały dzień. Tak jak hieroglify, tabliczki klinowe i sznurki kipu miały swoje pięć minut, a dzisiaj są w muzeach, tak szlachetna sztuka epistolografii ustąpiła miejsca netykiecie. „Wielce Szanowny Panie Jerzy!” ustąpiło miejsca krótszemu „Witam”. Czy to dobrze? Nie wiem, to już się stało.
Moja koleżanka po posłaniu córki do pierwszej klasy z przerażeniem odkryła, że jej dziecko zamiast uczyć się pisać wpisuje tylko pojedyncze słowa do gotowych wydrukowanych zdań w „zeszycie ćwiczeń”, albo nawet zamiast tego umieszcza odpowiednią naklejkę. Rozmawiając o tym uświadomiliśmy sobie jednak, że ten proces trwa od dawna. Kiedyś w ostatniej klasie podstawówki uczyliśmy się pisać życiorys („Ja Jerzy Zbigniew Rzędowski urodziłem się… z ojca Zbigniewa…”), teraz uzupełnia się dane w gotowym szablonie CV, gdzie pełne zdania są wręcz niepożądane. Kiedyś kartka z życzeniami wymagała wymyślenia i wypisania tekstu, dziś tekst jest gotowy, wystarczy go podpisać.
Zwięzłe CV upraszcza życie HR-owcowi przyjmującemu do pracy, ale w większości wypadków tak się nie da komunikować. Nie da się wklejać słów do gotowych miłosnych wyznań. Szef nie zbuduje szablonami zespołu gotowego iść za nim w ogień. Wyuczonymi formułkami o „kreatywności”, „dyspozycyjności” i „odporności na stres” da się może przejść rozmowę kwalifikacyjną, ale nie znajdzie pracy naprawdę satysfakcjonującej. Telemarketer trafi wreszcie na klienta, z którym nie pogada przy pomocy rozpisanego na kartce algorytmu. Na przykład na mnie lub na moją Żonę – wiem, jesteśmy okropni, bo uwielbiamy rozbijać im te wbite do głowy formułki, ale sami są sobie winni (oj, to temat godzien osobnego felietonu).
Jakie są granice standaryzacji w porozumiewaniu się między ludźmi?
Czy procedura może zastąpić brak empatii i inteligencji, niezbędnych w każdej rozmowie?
Czy miejsce dawnego savoir-vivre’u, formalistycznego ale stanowiącego przemyślaną całość, precyzyjnie odróżniającego Drogą Pannę od Wielmożnej Pani, a zaproszenie na ślub od zawiadomienia o ślubie, zajęły szablony?
Czy można sobie ułatwić życie, nie spłycając go?
Pomyśl o tym.
Pzdr.

Komunikat dla meteopatów

Podobno połowa Polaków przyznaje się do meteopatii. Gdy zmienia się pogoda, zmienia się ich samopoczucie. W mediach pojawiają się „komunikaty dla meteopatów”. Jutro możesz czuć się źle, więc jeśli nie musisz, to nie wychodź z domu. Za to pojutrze biomet będzie korzystny. Podobno kiedyś omyłkowo podano komunikat odwrotny niż zaplanowano (ciśnienie będzie spadać, więc meteopaci będą czuli się źle) i do lekarzy rzeczywiście zgłosiło się wielu pacjentów z zapowiedzianymi objawami. Sęk w tym, że ciśnienie się nie zmieniło… Czy to prawda? Jestem w stanie w to uwierzyć.
To jednak część szerszego zjawiska. Czy inni mogą wpływać na nasze samopoczucie? „Oczywiście tak”, odpowie każdy kto przed chwilą zakończył niemiłą rozmowę. Ale czy może to być wpływ nieustanny, dzień po dniu, aż do zmiany postaw?
W Internecie mam swoją „ulubioną” stronę. Na jednym z największych informacyjnych portali jest zakładka „Polska lokalna”. Czego możesz się spodziewać po takim tytule? Newsów o otwarciu nowego mostu w Krakowie? O festynie w Nasielsku? O konkursie literackim dla młodzieży w Suwałkach?
Dla kogoś mieszkającego w Warszawie czy na Kaszubach, informacja o nowej piekarni w Rzeszowie jest nieistotna. Jednak owa „Polska lokalna” to wcale nie są jakieś nudne prowincjałki. Oto przegląd tytułów z dwóch kolejnych dni:
„Lubelskie: skandal na uczelni”
„Nowy ślad policji: znaleźli kolejny fragment ciała”
„Tragedia w areszcie: wrócił do celi i powiesił się”
„Ogień w pobliżu stacji paliw: trwa akcja gaśnicza”
„Małopolska: chwile grozy w bloku”
„Zginęło małżeństwo, trzy osoby zostały ranne”
„Zbudowali parkingi nie tam, gdzie trzeba”
„Wirus atakuje – lawinowo rośnie liczba chorych”
I tak codziennie. „Skandal”, „tragedia”, „dramat”. Pijany poseł rozjechał rowerzystę. Katastrofa na drodze krajowej numer 2. Psy pogryzły dziewczynkę (czy raczej „Masakra na Podlasiu: bestie rozszarpały dwulatkę”). Tak to działa. „Seks i przemoc to sprawdzona recepta na wysoką oglądalność”, tłumaczył jeden z bohaterów „Superprodukcji” Juliusza Machulskiego, genialnej satyry na polski showbiznes.
Nie chodzi jednak o oglądalność. Jeśli tytuł przyciąga uwagę i zachęca do kliknięcia, punkt dla copywritera. Najwyżej czytelnik straci zaufanie, gdy po raz kolejny klikając nagłówek „Niezwykłe zjawisko w parlamencie” znajdzie fascynujący news o grzybie na ścianie w Wielkim Churale Mongolii, zamiast – jak sądził – o lądowaniu UFO w polskim Sejmie.
Tu chodzi o to, czym nasiąkasz czytając takie teksty. Jeśli dzień po dniu, tydzień po tygodniu, informacja (która, jak powie Ci każdy mędrzec od dziennikarstwa, powinna być neutralna i oddzielona od komentarza) zamienia się w ściek – co się dzieje z Twoim postrzeganiem świata? Czym staje się dla Ciebie „Polska lokalna”? Co staje się dla Ciebie normalne? 
Nie przeglądasz informacji w Internecie, nie czytasz codziennych gazet, nie interesuje Cię polityka? Ale może za to oglądasz kolorowe czasopisma? Znajdujesz tam wyciągnięte w Photoshopie zdjęcia modelek z idealnymi ciałami, po czym na następnej stronie czytasz psychologiczny artykuł w stylu „bądź sobą, zaakceptuj siebie taką jaka jesteś”. Przewracasz jednak kartkę i znajdujesz tekst o superdiecie doktora Jakiegośtam. Obok zdjęcie jakiejś całkiem normalnie wyglądającej babki i podpis – „Na początku było mi trochę trudno, ale schudłam już 4,5 kilo”. WTF?!
Potem artykuł o tym, że nie warto ulegać modzie i oceniać swej wartości tylko według tego, jak widzą Cię inni. Super, bo na następnej stronie jest reportaż o Patrycji. Patrycja świetnie godzi bycie matką z pracą w szklanym biurowcu – to nic, że pracuje naście godzin na dobę, ale za to szef pozwala jej karmić małego Patryka przy biurku. „Naprawdę przyjazna firma”, mówi Patrycja, która „teraz, gdy wreszcie chodzi do pracy, czuje się naprawdę wartościowa”. Dobrze się składa, bo na następnej stronie jest „10 Rzeczy Które Musisz Mieć”.
Kiedy już powzdychasz do kolorowych zdjęć, do torebki za 3000 zł, identycznej jak ta którą miała Lady Gaga na ostatniej ceremonii wręczenia Złotego Czegoś i do nowego modelu telefonu, który jest lepszy od Twojego, bo oprócz robienia zdjęć jeszcze je obrabia i umieszcza na Facebooku, wracasz do codzienności. I tu miła niespodzianka. Twoja kablówka zwiększyła Ci właśnie liczbę programów do 350 i promocyjnie przez 3 miesiące płacisz za to tylko złotówkę plus VAT. Hurra! Co z tego, że na oglądanie TV masz tylko późny wieczór plus czasem weekendy? Ale masz 350 programów! MASZ!
Włączasz więc telewizję. Akurat przerwa na reklamy – to wcale nieprawda, że są głośniejsze niż film, który przerwano (tak orzekła kiedyś pewna członkini Krajowej Rady Radiofonii). A w bloku reklamowym – ruchoma i udźwiękowiona wersja „10 Rzeczy Które Musisz Mieć”, znana Ci już z kolorowego czasopisma. Reklamuje je supermodelka w superwozie. Chciałabyś tak wyglądać… Chciałbyś mieć taki samochód… Ba, ale jak to zrobić? Jeśli nie masz figury Naomi Campbell ani nie zarabiasz jak prezes banku, może dotknąć Cię frustracja.
Kiedy frustracja będzie odpowiednio nakręcona, pora ją spożytkować. Nie myśl, że w mediach pracują sami niegodziwcy pakujący Twój umysł pijanymi posłami i przepisami na odchudzanie ot, tak, żeby Cię tylko sfrustrować. O nie!
Już niedługo, gdy tylko cmentarne znicze znikną z hipermarketów, sieci handlowe odtrąbią rozpoczęcie przygotowań do Święta-Brodatego-Krasnala-Z-Czerwonym-Nosem, zwanego żartobliwie Bożym Narodzeniem. Halo, ktoś jeszcze pamięta, że to miało być święto religijne? Czy ktoś w to wierzy? Dzwonek Pawłowa zadźwięczy radośnie i tak jak ślina płynęła z psiego pyska, tak tłumy klientów popłyną do kas. Hurra, wreszcie będziesz mógł zacząć szukać prezentów dla swoich bliskich!
Kiedy wyprzedadzą się świąteczne zapasy, a płyty z kolędami zaczną się już zacinać w sklepowych odtwarzaczach, będzie można zadzwonić na Święto-Zająca-Jajek-I-Kurczaka-W-Baziach. Oj, nie, niezupełnie. Jeszcze będzie coś w międzyczasie. Wielkanoc jest mniej przyjazna dla handlu: jajka wprawdzie schodzą lepiej, ale prezentów nie ma zwyczaju kupować (choć pewnie sztaby marketingowców pracują i nad tym). Wcześniej dzwonek Pawłowa zabrzęczy więc na Walentynki. Hurra, będziesz mógł powiedzieć komuś, że go kochasz! Plus kupić kartkę w kształcie serca i iść do kina.
Kto tak naprawdę decyduje o tym, co i kiedy kupujesz?
Kto decyduje o tym, kiedy i jak wyrażasz swoje uczucia?
Kto lub co decyduje o tym, jak się oceniasz?
Kto decyduje o tym, co jest dla Ciebie ważne?

Dlaczego przeszkadza mi głupota?

1.
Przeszkadza mi głupota – przede wszystkim powodów estetycznych. Cytując Zbigniewa Herberta to jest „w gruncie rzeczy sprawa smaku”.
Hodujemy z Żoną rybki. Miło się na nie patrzy, widok akwarium bardzo uspokaja. Rybki akwariowe to stworzenia piękne, choć kompletnie bezmyślne. Kiedyś wyjeżdżając na kilkanaście dni zostawiliśmy akwarium pod opieką mojej znajomej. Daliśmy jej opakowanie z karmą i szczegółową instrukcję obsługi. Cóż, znajoma nie jest akwarystką. Rybki zjadały dzienną porcję i wyraźnie chciały więcej, wystawiając pyszczki nad wodę. No to dostawały więcej… Ale nadal było im mało. Znajoma nie wiedziała, że rybki nie myślą perspektywicznie. Jedzą aż pękną. Dosłownie. Po powrocie mogliśmy tylko usunąć rybie zwłoki i założyć akwarium od nowa. Mimo to nie mam złych skojarzeń z rybkami – to piękne, mimo że głupiutkie stworzenia. Nie mam jednak oczekiwań, że któregoś dnia zaskoczą mnie umiejętnością czytania książek, albo doktoratem z ichtiozarządzania… To przecież tylko rybki.
Dlatego ludzka bezmyślność budzi mój estetyczny sprzeciw. Praktykujący katolik czytający horoskopy. Zaciekły antyklerykał („ach, te mohery ze swoimi pedofilskimi klechami!”) biorący kościelny ślub. Ludzie narzekający na arogancję władzy, biurokrację i dziury w jedniach, którzy w ostatnich wyborach zagłosowali na partię aktualnie rządzącą (wstaw sobie nazwę, w zależności od roku w którym to czytasz) i w następnych zrobią to samo. Znana aktorka, która w wywiadzie deklaruje się jako buddystka (ochrona robaczków, niejedzenie mięsa, te sprawy) i w tym samym akapicie postulująca szerszy dostęp do aborcji.
To nie jest ich zła wola, przynajmniej w większości. To nawet nie jest wrodzona ani wyuczona hipokryzja. To bezmyślność. A dlaczego piszę, że to sprawa estetyki?
Rybki mogą być bezmyślne, ale człowieka bezmyślność poniża. Czy ludzie różnią się od rybek? Wierzę, że tak. Ale jednocześnie wiem z doświadczenia, że ta różnica dotyczy tylko niewielkiej części ludzkości. Mam nadzieję, że Ciebie też, skoro czytasz ten tekst. I chociaż nie mam ambicji ratowania na siłę tych, którzy bliżsi są rybkom, to jest mi trochę przykro i czuję zażenowanie. To naprawdę jest kwestia smaku – ktoś, kto wygląda jak człowiek, niech i myśli jak człowiek.
2.
Przeszkadza mi głupota – ponieważ utrudnia mi życie. Tracę przez to czas i siły. Nie chcę żyć w świecie organizowanym mi przez idiotów, nie chcę tego dla swojej rodziny. Nie chcę by moja córka dorastała w przekonaniu, że taki świat jest normalny.
Idę załatwić sprawę do urzędu i odbijam się od tępego wyrazu twarzy pani w okienku. I nawet nie mam powodu na nią krzyczeć, bo procedury które wzmagają jej bezmyślność wyprodukował ktoś inny, nie ona. Po raz kolejny tłumaczę jej, że są na świecie rzeczy które się autorom rubryczek w formularzu nie śniły. Że faszystowski wymysł, jakim jest meldunek w dowodzie osobistym może być kompletnie inny, niż adres zamieszkania, a adres zamieszkania inny, niż adres firmy. Że skoro mam firmę, to nie mogę przynieść jej zaświadczenia od swojego pracodawcy. Że dokument, którego żąda autor urzędowego formularza, kilka lat temu został zniesiony przez autora innych urzędowych formularzy. I po tym wszystkim nawet nie chce mi się już mówić, że „włanczać”, „wziąść” i „w takim bądź razie” to może sobie mówić pan Zenek spod kiosku „Ruchu”, ale nie reprezentantka 40-milionowego narodu, którą – dziwnym losu kaprysem – jest wobec mnie pani z okienka.
Dojeżdżam do skrzyżowania i nie mogę przez nie przejechać: ktoś z boku wjechał na to samo skrzyżowanie, choć nie miał możliwości go opuścić. Blokuje ruch tym, którzy akurat mają zielone światło. Stoi na środku i udaje, że go nie ma. Udaje też, że nie słyszy klaksonów samochodów stojących za mną – z drugiej strony, po co trąbią, skoro to niczego nie zmienia, a irytuje również tych niewinnych? Nie ma mózgu, czy może chwilowo go nie użył, bo zamiast myśleć rozmawiał przez telefon? Kilkunastu ludzi zmieni swoje plany, spóźniając się na spotkania i wypalając więcej benzyny, bo Pan Bezmyślny nie popatrzył dalej, niż maska swojego samochodu. Jasne, jedna zmiana świateł nikogo nie zbawi (choć bywa, że te minuty mają znaczenie). Ale wolałbym sam podejmować decyzję o tym, czy robię sobie postój! Wypadek, złamane drzewo – OK, rozumiem, ślepy traf. Ale bezmyślność ślepym trafem nie jest.
Wchodzę do restauracji i pytam o stolik dla niepalących. Oczywiście jest, ale co z tego, skoro „strefa dla palących” i „strefa dla niepalących” są w tym samym pomieszczeniu, a w dodatku do stolika dla niepalących trzeba przejść przez chmurę dymu? Czy dym się zatrzymuje na niewidzialnej linii? Czy ktoś nie pomyślał, że są goście, którzy po prostu nie chcą śmierdzieć? Jasne, mogę wyjść i iść do konkurencji. Ale dlaczego to ja mam gdzieś chodzić? Dlaczego czyjaś bezmyślność ma mi organizować życie i spacery między restauracjami? Ja po prostu chcę zjeść kolację, a nie pisać przewodnik kulinarny!
Załatwiam paszport i bierze się ode mnie odciski palców, jak od przestępcy. Sąsiad z kolejki na moje oburzenie reaguje żachnięciem: „to dla naszego dobra, chyba nie chciałby pan w samolocie siedzieć obok terrorysty?”. Wyprany mózg nawet nie próbuje się zastanowić nad sensem tego, co mówi. Bezczelnie oszukiwany na każdym kroku gładko łyka wszystko, co pompuje mu się w szare komórki za pośrednictwem mediów. O, tak, z pewnością terrorysta (szczególnie ten notowany w kartotekach Interpolu) pierwsze co zrobi planując zamach, to wyrobi sobie prawdziwy paszport na prawdziwe nazwisko i da sobie zdjąć odciski palców. A potem na lotnisku stanie grzecznie w kolejce do kontroli bezpieczeństwa, wybebeszy zawartość walizki, zdejmie buty i pasek i jeszcze wskaże pogranicznikowi gdzie ukrył bombę. Bo oczywiście włoży ją do bagażu podręcznego, zamiast przemycić przy pomocy przekupionego pracownika lotniska, prawda?
Bezmyślność utrudnia życie także tym bezmyślnym. Oni też stoją w korkach, załatwiają w godzinę urzędową sprawę wartą pięciu minut i poddawani są upokarzającym rytuałom. Co więcej, czasem zdają sobie sprawę z tego, że to utrudnia im życie. I co? I nic, wracają do siebie, klnąc na czym świat stoi, ale nadal sami robią kolejne głupoty utrudniające życie innym. Budują dla siebie i innych świat, w którym nikt nie chciałby żyć.
3.
Przeszkadza mi głupota, więc szukam myślących. Miło jest być w myślącym towarzystwie. Przypomnij sobie sytuację, gdy po dniach zmagań mogłeś spotkać ludzi podobnych do siebie. Może to była impreza z przyjaciółmi, a może spotkanie organizacji do której należysz. To jak świeży oddech – kurczę, nie jestem sam! Wreszcie ktoś, kto mnie rozumie!
Żeby było jasne: nie wierzę, że ludzie są z urodzenia dobrzy, myślący i tak dalej. Czy przypiszesz winę zanieczyszczeniu środowiska, fatalnej edukacji, manipulacji mediów czy grzechowi Adama i Ewy – nie pytam Cię o to. Napiszę innym razem, co sam o tym sądzę. Niezależnie od przyczyn (chemiczne uszkodzenie mózgu, deprawacja lub skłonność do grzechu) – wszyscy temu podlegamy. Dlatego czasem i my, myślący, zachowujemy się idiotycznie. Od szarej masy różnimy się jednak tym, że to sobie uświadamiamy.
Sam czasem odczuwam samotność człowieka myślącego, więc chcę odszukać podobnych do siebie.
Szukam myślących, bo chcę im dać nadzieję. Bracia, nie samą głupotą żyje świat! Myślący mają różne wizje zmiany na lepsze. Możemy się o to spierać. Łączy nas jednak marzenie, że może być inaczej. W świecie organizowanym przez idiotów jesteśmy słabsi,  jesteśmy tu jak cudzoziemcy nie znający języka. Bo nie znamy reguł gry, bo mamy skrupuły, bo rozważne działanie wymaga tej odrobiny czasu, której nie potrzeba bezmyślnym. Rybka zachowuje się jak automat: wystawia pyszczek nad wodę, gdy tylko otwiera się pokrywa akwarium. Człowiek myślący podejmuje świadomą decyzję. Wybiera. Marzy i realizuje marzenia.
Właśnie dlatego chcę podtrzymywać w myślących nadzieję. Trzymaj się, nie jesteś sam! Tym samym podtrzymuję ją w sobie. Nadzieja jest Tobie i mnie potrzebna, by nie wtopić się w szary tłum rezygnując z marzeń.
4.
Naprawdę przeszkadza mi głupota. Odkąd uświadomiłem sobie, że jako myślący stanowimy mniejszość w tym pokopanym świecie, szukałem jakiejś recepty. Długo myślałem, że rozwiązanie jest w polityce, w zaprowadzeniu dobrych rządów. Wiem, to było naiwne, ale usprawiedliwiają mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, o ustanowieniu lepszych rządów pisali wielcy myśliciele od starożytności do czasów współczesnych, więc prawdopodobnie ich nadzieje były podobne. Po drugie, nadal wiele osób w to wierzy. W czasie swego krótkiego romansu z polityką spotkałem – oprócz hipokrytów – także uczciwych, myślących społeczników, chcących lepszego świata dla siebie, dla swoich bliskich i dla pozostałych ludzi.
Czy polityka może dać rozwiązanie? Historia uczy, że nie. Jeszcze żaden ludzki rząd ani system filozoficzny nie rozwiązał problemów trapiących ludzkość. Pod każdą szerokością geograficzną mamy choroby, przemoc i biedę, niesprawiedliwe prawa, hipokryzję „moralnych autorytetów” i skorumpowanych polityków. Nie radzimy sobie – jako społeczeństwa – z narkomanią i przestępczością, tak jak nie poradziliśmy sobie z głodem i rakiem. Komunistyczne dyktatury mordują ludzi w obozach reedukacyjnych, bogate demokracje – niezdrowym trybem życia, zatruciem środowiska i brakiem normalnych relacji między ludźmi. I nie ma żadnej „trzeciej drogi” – point de rêveries, Messieurs!
Właśnie dlatego nie chodzi mi o żadną „partię ludzi myślących”. Takie pyszne próby były podejmowane w naszym kraju kilka razy – w innych pewnie też – i za każdym razem nic z nich nie wychodziło. Nie chodzi nawet o to, że takiej partii nie tworzą aniołowie. Błąd tkwi w samym założeniu – w przekonaniu, że większość demokratycznie przywróci normalność, tylko myśląca elita musi ją przekonać i nią pokierować. Nie przekona, nie pokieruje, nie przywróci. Polityk zawsze będzie zakładnikiem większości, zaś większość szuka dobrego tatusia, który zwolni ją od myślenia. Demokratyczny przesąd to kolejna pogoń za wiatrem.
Wierzący mają łatwiej, bo czekają na ingerencję Boga. Armagedon unicestwi niesprawiedliwy szatański świat i znajdziemy się w raju. Ale czy każdy nominalny chrześcijanin naprawdę w to wierzy? Czy w gruncie nie jest tylko praktykującym jakieś tradycyjne rytuały ateistą? Czy w ogóle się nad tym zastanawia? Znów wracamy do myślenia i bezmyślności…
Myślenie to cecha ludzka, ale chęć myślenia to już talent. Jeśli ktoś nie chce szukać, nie lubi myśleć samodzielnie, to umiejętność myślenia jest mu zbędna – jak szerokie racice i podwójne powieki wielbłądom w zoo. Co z tego, że chronią je przez piaskiem, skoro w zoo nie ma ani burz piaskowych, ani możliwości zapadnięcia się w wydmę w czasie wielodniowej wędrówki?
A Ty – czy lubisz myśleć?
Jeśli nie, to mam dla Ciebie złą wiadomość. W moich listach będę Cię do myślenia prowokował, będę zadawał Ci pytania, czasem kontrowersyjne. Czasem takie, na które sam jeszcze nie znam odpowiedzi. Więc jeśli nie lubisz myśleć – lojalnie proszę, odejdź. Kup dzisiejszą gazetę albo włącz telewizor, one chętnie zrobią to za Ciebie.
Jeśli lubisz myśleć i choć raz w czasie czytania tego listu miałeś wrażenie, że to i Twoje doświadczenia – serdecznie witam i zapraszam. Nie musimy się zgadzać, ważne byśmy używali mózgu.
Pozdrawiam Cię serdecznie