Co to jest PechaKucha?

Czy chciałbyś być na jakimś rynku pierwszy albo jednym z pierwszych? Czy chciałbyś posługiwać się metodą albo produktem, który – choć już przetestowany – dla większości ludzi wciąż jest nowinką? Niejeden człowiek biznesu dałby wiele za taką okazję.

Taką metodą jest PechaKucha (czyt. peczakcza), czyli…

CZYTAJ DALEJ

PozorniE(CO)

W życiu nie pomyślałbym, że porządki mogą być takie kształcące. Urządzając od nowa gabinet zrobiliśmy z Żoną ostrą selekcję zgromadzonych materiałów z konferencji i szkoleń, co zaowocowało wyniesieniem z domu ponad 200 kilogramów makulatury.

Żeby nie sięgać daleko wstecz – z ostatniej konferencji na temat przywództwa przybyła mi wręczona wraz z identyfikatorem ponaddwukilowa paczka folderów, teczek i broszur (oczywiście full-colour na najgrubszym papierze świata) i ze trzy reklamowe długopisy. Niby nic, niby drobiazg, ale po pomnożeniu przez liczbę uczestników i liczbę takich eventów robi się z tego pokaźna ilość odpadów. Odpadów, bo przecież chyba nikt nie wierzy, że choćby jeden procent uczestników po powrocie z konferencji czyta te materiały lub jakoś gruntowniej z nich korzysta. Lądowanie na śmietniku jest więc kwestią czasu – jedni robią to od razu, inni wolą się pooszukiwać „może się jeszcze przyda” i czekają do najbliższych gruntownych porządków.

Merytorycznego materiału nie było we wspomnianej paczce ani jednego – ani jednego! Z porządkowej pożogi ocalał tylko jeden smętny notatnik (10% powierzchni to reklama firmy, na reszcie można pisać). Wszystko inne – reklamówki „partnerów” i „patronów” – trafi do recyklingu…

…o ile oczywiście okaże się, że poza chlorem i barwnikami jest w nich coś papierowego. Nie da się tego świństwa nawet podrzeć bez użycia nożyczek. Spece od marketingu najwyraźniej wymyślili, że jak coś ma format większy niż A4 i jest pokryte błyszczącym foliolaminatem (czort zresztą wie, co to jest i jak się nazywa), to klient chętniej to przejrzy wdrukowując sobie w mózg logotypy i przypisane do nich reklamowe slogany.

Zastanawiające jest to, że ludzie podejmujący decyzje skutkujące przerobieniem topniejących zasobów Ziemi na kilometry sześcienne odpadów i hektolitry toksyn, sami – tak prywatnie – deklarują jak najbardziej proekologiczne postawy.

Ci sami ludzie, którzy od czasu do czasu, w przypływie altruizmu lub wyrzutów sumienia zanoszą do kontenera torebkę z posegregowanymi śmieciami – opracowują w pracy formularze na dziesięć stron, choć ta sama treść zmieściłaby się na czterech.

Ci sami, którzy lajkują na FB akcje w rodzaju „Jestem za ekojazdą” – obtrąbią samochód dojeżdżający 60 km/h do czerwonych świateł wyprzedzając go na pełnym gazie, żeby za 100 metrów ostro zahamować i poczekać na tym samym skrzyżowaniu dwa auta bliżej.

Ci sami, którzy w dyskusjach opowiadają o dziurze ozonowej i ociepleniu (och, to takie modne…), jednocześnie zadają szyku wypasioną terenówką, która wprawdzie nie widziała „terenu” (i dobrze, lakier by się poobcierał), ale za to ma trzylitrowy silnik. Ostatnio nawet widziałem taką terenówkę na parkingu, oklejoną jako własność firmy z „eko-” w nazwie.

To właśnie ekologia w praktyce. Nie akcje ratowania wielorybów gdzieś za oceanem. Nie wyłączanie żarówek na „Godzinę dla Ziemi”. Nie – żenada absolutna – zamawianie teczek z nadrukiem udającym tekturę z odzysku.

Ja wiem, łatwiej powiesić na stronie internetowej szczytną eko-misję, niż przy kolejnej wymianie floty zamienić duże służbowe kombi na palące o połowę mniej auta z segmentu A. Łatwiej sponsorować konferencje o „społecznej odpowiedzialności biznesu”, niż przestać rozdawać w hurtowych ilościach gadżety made in China (ostatnio dla niepoznaki made in PRC), które rychło zasilą śmietniki. Łatwiej „pochylić się z troską nad problemem emisji gazów cieplarnianych”, niż wziąć kalkulator i policzyć, ile CO2 wyemituje samolot lecący z tymi gadżetami z dalekiej Azji. Łatwiej na końcu służbowych maili dodawać automatyczne apele o ich niedrukowanie, niż radykalnie urwać w firmie produkcję śmieci.

Generalnie: znacznie łatwiej opowiadać dyrdymały o swoim ekologicznym zaangażowaniu, niż po prostu zrezygnować z głupich nawyków.

Ale nie chodzi tylko nierozsądne decyzje firm. Bo – czego oczekują klienci?

Pytam wprost: czego TY oczekujesz jako klient?

Czy zamiana samochodów przedstawicieli handlowych Twojego dostawcy na mniejsze wzbudziłaby u Ciebie szacunek za ekologiczną decyzję, czy pytania o kondycję finansową firmy?

Czy zaakceptowałbyś czarno-białe materiały szkoleniowe (wydruk w opcji „ekonomicznej”) na papierze z odzysku? Czy nie brakowałoby Ci kilkudziesięciostronicowych zrzutów PowerPointa z trzema slajdami i wielgaśnym kolorowym logo na każdej stronie?

Czy wolałbyś materiały konferencyjne w formie jednego pendrive’a zamiast błyszczącej torby z lakierowanymi folderami?

Bo jeśli nie, to dajmy sobie spokój z tymi wszystkimi szczytnymi deklaracjami na firmowych witrynach, z kupowaniem eko-żarcia, wkręcaniem świetlówek zamiast żarówek i lekcjami ekologii dla dzieci już od przedszkola. To tylko malowanie trawy na – nomen omen – zielono. Dwieście kilo konferencyjnej makulatury przed domem jednego skromnego uczestnika: to twardy fakt.

Bramka

Siedzę w recepcji szklanego biurowca w śródmieściu Warszawy. Marmury, chromy, skórzane kanapy – oraz kamery i metalowe bramki, jak na nowoczesnym dworcu czy w metrze. Kojarzysz, to te bramki z trzema obrotowymi drążkami, które nigdy nie otwierają się za pierwszym razem. Musisz najpierw obić sobie udo, cofnąć i spróbować jeszcze raz, a wtedy Cię puszczą, na do widzenia uderzając w pośladek. Bramki służą do sprawdzania identyfikatorów, bo kto nie ma identyfikatora, ten nie odblokuje safe-drążków nawet za dziesiątym razem. Walka z terroryzmem trwa! Pancerne zagony Al-Kaidy rozbiją się na bramce nie mając karty magnetycznej – oczywiście jeśli będą chciały zamachnąć się terrorystycznie na jedną z kilkudziesięciu firm wymienionych na tablicy w hallu biurowca.

Na razie zamiast Al-Kaidy na bramkach rozbija się jednak kurier z firmy spedycyjnej. Projektant bramek (umieszczonych w tysiącach miejsc w Polsce) nie przewidział bowiem, że przez bramki znacznie częściej od samochodu-pułapki będzie przejeżdżał całkiem nieszkodliwy wózek. Patrzę więc, jak kurier dźwiga wózek z paczką (na oko kilkadziesiąt kilo) na wysokość metra i sapiąc przenosi go nad bramkami, tradycyjnie obijając sobie drążkami uda.

Oczywiście żaden z ochroniarzy nie rusza z pomocą. O nie, oni do wyższych celów są powołani. Uzbrojeni w radiotelefony czuwają, by nie przeszkodził wróg i kukają z ciekawością, czy kurier się wywali czy nie. Nie wywalił… Za bramkami opuścił ładunek na posadzkę i szczęśliwie dotarł do wind – o dziwo, oznaczonych jako dostępne dla niepełnosprawnych. Jeśli jakiś niepełnosprawny teleportowałby się przez bramki (bo chyba nie przeniósł wózka nad nimi, wzorem pana kuriera), mógłby sobie bowiem pojeździć windą.

W „Dniu świra” bohater usiłuje skorzystać z toalety w pociągu. „A jeśli Polska to ta ojszczana klapa?” – zastanawia się Adaś Miauczyński, walcząc z brudem i grawitacją.

A jeśli Polska to te kretyńskie bramki? Było sobie przejście – było, aż ktoś postanowił nakładem sił i środków je pogorszyć, stawiając barierę. Poza producentem bramek nikt na tym nie skorzystał. Goście obijają się wchodząc i wychodząc, administrator budynku musi to-to konserwować. W dodatku bramka przed niczym nie chroni – przecież obija tyłki tylko posiadaczom ważnych identyfikatorów. Dla desperata chcącego nabluzgać prezesowi urzędującemu na -nastym piętrze to żadna przeszkoda.

Podobnie jest z bramkowymi zasiekami na dworcach i w metrze. Kto biletu nie ma, ten i tak bramkę omija, przeskakując górą lub otwierając przejście awaryjne. To nielegalne, fakt – ale wejście na gapę jeszcze bardziej…

A jeśli Polska – a jeśli świat – to te kretyńskie bramki? Nikt ich nie chce, ale wszędzie się je stawia. Nikt nie wie, jaką „added value” przynoszą firmie, ale lekką ręką wydaje się na ich montaż kasę zabraną z funduszu szkoleniowego lub planowanych podwyżek dla pracowników.

Niby nic, taka zwykła chromowana bramka. A może kolejny krok we wspólnym budowaniu świata, w którym nikt nie chce żyć?

W(T)C

Wiedziałem, wiedziałem. Przez skórę czułem, że w 10. rocznicę zamachów na WTC media dadzą popis. Takt i wyważenie nie są mocną stroną dziennikarzy. Spodziewałem się więc, że wśród archiwalnych zdjęć samolotów wbijających się w szklaną ścianę, płonących wieżowców, sterczących resztek konstrukcji i przechodniów uciekających przed chmurą pyłu zobaczę to, co dotąd uważałem za szczyt niedelikatności: zdjęcia ludzi wykonujących samobójcze skoki z wież WTC. Zwracam Twoją uwagę na czas przeszły – „uważałem”. Jakże się myliłem!

Fotoreportaż z samobójstwa to nie szczyt, ale zaledwie pagórek. Portal „Onet” poszedł na całość i opublikował – proszę o uwagę – quiz „10 rocznica zamachu na USA. Sprawdź swoją wiedzę!”. Zupełnie jakby chodziło o rocznicę pierwszego koncertu „Beatlesów” lub lądowania na Księżycu, w 19 pytaniach możesz sprawdzić swoją jedenastowrześniową erudycję. Czujesz już tę ekscytację? Masz już wypieki na twarzy?

Poziom jest wyśrubowany – żadne tam audiotele w stylu „Którego dnia dokonano zamachów z 11 września – 10, 11 czy 12?”. Autor był ambitny.

„Ilu porywaczy uprowadziło cztery samoloty i dokonało zamachów z 11 września? 14, 19 czy 23?” Nie wiesz? Uuu, słabiutko. Może dalej będzie lepiej.

„George W. Bush dowiedział się o zamachu na World Trade Center: na swoim ranczu w Teksasie, w szkole podstawowej na Florydzie, gdzie czytał dzieciom bajki czy podczas wizyty zagranicznej w Meksyku?”

„Jak nazywał się terrorysta egipskiego pochodzenia, który dowodził terrorystami 11 września: Ahmed al-Ghamdi, Chaled Szejk Mohammed czy Mohamed Atta?”

„Synowie Saddama Husajna, Udaj i Kusaj, którzy podczas rządów ojca zajmowali wysokie stanowiska w państwie zginęli: podczas bombardowań rodzinnego miasta ich ojca – Tikritu, w zasadzce zorganizowanej przez tzw. Koalicję antyterrorystyczną, czy na froncie, podczas walk z amerykańskimi wojskami?” (tu ewidentny błąd grafika, bo zamiast ociekającego krwią zdjęcia zwłok Husajnów Juniorów widzimy zaledwie portret ich ojca)

„W jakim stanie rozbiła się maszyna, która miała ponoć trafić w Biały Dom lub Kapitol? W Teksasie, w Waszyngtonie, czy w Pensylwanii?” To pytanie, po uzupełnieniu o czwartą odpowiedź, idealnie nadawałoby się do „Milionerów”. Ech, już czuję te emocje, już widzę te zaciśnięte kciuki narzeczonej uczestnika konkursu. „Zenonie, zaznaczyłeś odpowiedź C. [dłuuuuga pauza] I to jest dobraaa odpowieeeedź!!! Taaaak!” Światła! Okrzyki radości! Całusy z widowni i na widownię! Taaak, dziękujemy Ci Al-Kaido, że rozbiłaś się porwanym boeingiem już w Shanksville, zamiast dolecieć gdzieś dalej!

Tylko pośpiech usprawiedliwia redaktorów Onetu, że nie rozwinęli swego projektu bardziej. Aż się przecież prosiło.

„Jakim paliwem napędzane były silniki samolotów wbitych w WTC? Paliwem lotniczym, ropą naftową czy benzyną bezołowiową?” Sponsorowany link mógłby prowadzić do artykułu o sytuacji na rynkach paliw.

„Ile czasu spadali pracownicy WTC z najwyższego piętra?”

„Syn strażaka który zginął w akcji ratunkowej: A) popełnił samobójstwo, B) zaczął brać narkotyki czy C) wstąpił do sekty?”

W nagrodę za wypełnienie można by było ściągnąć zahasłowany plik .avi z nagraniem ostatnich telefonów pasażerów lotu UA93. Za najlepsze odpowiedzi dostałbyś pocztą miniaturową figurkę człowieka wyskakującego z WTC. Mogłaby nawet wygrywać jakąś melodyjkę lub świecić oczami.

Teraz na poważnie. Kim trzeba być żeby z czegoś takiego robić show i zabawę? Bezdusznym sukinsynem? Naćpanym ignorantem? A może po prostu idiotą? Nie chodzi mi o to, by robić z zamachów na WTC tradycyjny polski patos i „zęby wybijane przez gestapo w rytm Chopina”. Chodzi mi o zwykłe, proste uszanowanie ludzkiej śmierci. Ja wiem, że żyjemy w czasach, w którym tłuszcza musi koniecznie znać intymne szczegóły pożycia celebrytów. Już się powoli oswajam z myślą, że szpitalne karty gorączkowe znanych ludzi najpierw są wrzucane do Internetu, potem publikowane w gazetach, a dopiero potem dostaje je pacjent i rodzina.

Nie przyzwyczaiłem się jednak (jeszcze?) do takiego samego traktowania śmierci. Usprawiedliwiam operatora kamery filmującego samobójcze skoki. Był w szoku, poza tym to taki sam dokument dla potomności jak zdjęcia z wyzwolenia Auschwitz. Nie mam jednak żadnego usprawiedliwienia dla ludzi, którzy puszczają to w programach info jako podkład dla aksamitnego głosu spikera. Czy ktoś z redakcji zastanawiał się nad tym, co musiało wpłynąć na decyzję o skoku z 90. piętra? Co się działo w głowach samobójców? Czy z równym dokumentacyjnym zapałem „dziennikarze” pokazywaliby światu zdjęcia ze zgonu swoich rodziców?

A potem robili quiz na temat ich ostatnich dni w szpitalu?

Niedawno czytałem o nowej metodzie utylizacji zwłok – po prostu się je rozpuszcza i spłukuje, choćby do sedesu; resztki kości miele na proszek i jak wyżej. Zgwałcony oglądaniem na telebimach w centrach handlowych nagrań samobójstw z WTC czuję, że sam proces umierania trafił do sedesu znacznie wcześniej.

PS. W 1995 roku „Grupa Rafała Kmity” w programie „Kto odwalił kitę” sparodiowała telefoniczne quizy pewnej rozgłośni radiowej. Parodia była (wtedy) odważna, niemal absurdalna, a tematem była właśnie śmierć. Minęło 16 lat i skecz z kategorii „kabaret” trafił do kategorii „dokument”? Wygląda na to, że tak.

Jak skonstruować bombę

Podobno w internecie można znaleźć przepisy na bombę domowej roboty i – znów „podobno” – z takiego przepisu skorzystał Anders Breivik, niedawny bohater „jedynek” w światowych mediach.

Podejrzany milczy, policja nie może się doliczyć ofiar (a i nawet domniemanych wspólników), ale cały świat już wie: skrajnie-prawicowo-chrześcijańsko-antyislamski fundamentalista podniósł swoją zbrodniczą dłoń na miłujących pokój przypadkowych gości wyspy Utoya. Nagle nie obowiązuje święty fetysz „nie liczy się wymiar kary, ale jej nieuchronność”. Nagle cały Postępowy Świat zachłystuje się zdjęciami z luksusowego norweskiego więzienia, bąkając coś o karze śmierci, dotąd wyklinanej jako skrajnie-prawicowo-chrześcijańsko-antyislamskie barbarzyństwo. Nagle wszyscy znają i komentują 1500-stronicowy manifest Breivika, cytując co smaczniejsze kawałki.

Oto istota współczesnego przekazu informacji.

Przez 2000 lat, odkąd Poncjusz Piłat zapytał Jezusa „co to jest prawda?”, ale nie czekając na odpowiedź wyszedł pogadać z „opinią publiczną”, niewiele się w kwestii prawdy zmieniło. Zmieniły się natomiast środki przekazu.

Jak skonstruować informacyjną bombę?

„News” wbrew nazwie wcale nie musi być aktualny. To już przeżytek. Nie ma znaczenia, czy bombą będzie wydarzenie sprzed minuty, sprzed lat, czy z mglistej przyszłości. W ostatnich tygodniach internetowym „newsem” było doniesienie o biskupie podejrzanym o przewóz dziecięcej pornografii (tyle że i przewóz, i podejrzenie, i nawet wyrok są sprzed kilku lat), ale i informacja o asteroidzie która – być może – przeleci blisko ziemi. Za 150 lat. Bombowy news nie musi być aktualny, ważne by ruszał.

Co ludzi rusza? Przestępczość. Spłacane kredyty. Bezczelność rządzących (i tych, którzy są z nimi utożsamiani).

No to jedziemy.

Zasuszony w książkach ekonomista bąknął coś, że może – prawdopodobnie – kiedyś – kursy na giełdach pewnie się zmienią? Zmienią się, to przecież prawa rynku, ale my mamy „newsa”: „Wstrząsająca wiadomość: od jutra znów kryzys”. W tekście może być cokolwiek, że właśnie nie „od jutra”, tylko że za rok, albo wcale, ale to nie ma znaczenia. Im więcej emocji w tytule, tym lepiej.

Dziennikarz dowiedział się o jakimś obowiązującym od lat przepisie, na który księgowi dawno znaleźli pięć furtek? „Uwaga, pilne! Fiskus dobierze się do twoich pieniędzy!”

Tekst-bombę trzeba tworzyć z pewnością siebie, jakby podejrzenia były faktem. A więc – nie „biskup podejrzany o przewóz pornografii” ale „biskup przewoził pornografię”. Nie „Kowalski zastanawia się, czy prezydent naciskał” ale krótko: „Prezydent naciskał”. Żeby uniknąć spraw sądowych (choć, bądźmy szczerzy, kogo byłoby stać i komu by się chciało czekać 10 lat na wyrok) – można powtykać tu i ówdzie zmiękczacze w rodzaju „prawdopodobnie” lub „jak dowiedział się [tu wstaw tytuł medium dla którego piszesz].

W tej ostatniej dziedzinie bezczelność (a może pomysłowość) nie zna granic. Opowiadał mi pewien aktor (nazwijmy go „Iksińskim”), sądzący się z redakcją pewnego publikatora (nazwijmy go „Brukowcem”), jak kiedyś na konferencji prasowej otrzymał pytanie z sali. Jakież było jego zdziwienie, gdy swoją wypowiedź – wyrwaną z kontekstu, ale to osobna historia -  przeczytał na łamach „Brukowca” okraszoną komentarzem „ujawnił Iksiński specjalnie dla naszej redakcji”. Mało tego, potem w sądzie wydawca powoływał się na ten artykuł dowodząc, że nasz bohater sam, dobrowolnie udziela „Brukowcowi” wywiadów, więc nie powinien się z nim sądzić o naruszenie prywatności!

Cechą absolutnie niepożądaną u twórcy medialnej bomby są bowiem jakiekolwiek skrupuły. Nic to, że dzieci dowiedzą się z netu, na jakim sznurze powiesił się ich ojciec. Nic to, że leżący pod kroplówką maszynista zostanie uznany winnym katastrofy, zanim ktokolwiek go przesłucha. Nic to, że nieprawdziwego oskarżenia o pedofilię, molestowanie lub nawet zwykłą kradzież nie da się potem, ot tak, wymazać ze zbiorowej pamięci. Ma być bomba i już. 

Dobrym uzupełnieniem medialnej bomby jest sondaż opinii publicznej i możliwość wpisywania komentarzy. Tu Internet zdecydowanie góruje nad gazetami (lub czasopismami). Konsument mass-mediów lubi czuć, że zna się na wszystkim, więc i media pytają go o zdanie na każdy temat.
- Czy premier słusznie rozwiązał 36. splt? (nie szkodzi, że zajmuje się tym MON: to zbędny detal)
- Czy komisja trafnie wskazała przyczyny katastrofy smoleńskiej?
- Czy Marta Kaczyńska powinna dostać odszkodowanie?”
- Czy Muammar Kaddafi powinien się podać do dymisji?
- Jak oceniasz ostatnie zmiany kursu franka szwajcarskiego?
- Co sądzisz o samobójstwie Leppera?
(dostrzegasz manipulację w pytaniu, czy już nie?)
- Czy Barack Obama powinien zgodzić się na propozycje republikanów?
- Czy księża powinni żyć w celibacie?

Już można klikać „tak/nie”, już można wpisywać komentarze pod artykułem. Im więcej będzie tam bluzgów i błędów językowych, tym lepiej.

Bomba ma tym większe rażenie, im bardziej emocjonalnej sprawy dotyczy. Emocjonalnej – czyli pobudzającej, ale na którą czytelnik nie ma żadnego wpływu. Nie ma wpływu, więc tym chętniej i mocniej się podnieci. Gdy Igrekowski podejrzany jest o molestowanie nieletnich (zwane u nas od razu – a co tam, że błędnie – pedofilią), w komentarzach i sondach aż huczy. Och, co by zrobili internauci (albo czego by nie zrobili)! To nic, że sami tolerują rubasznego wujka uwielbiającego „gilgać pod koszulką” dorastające dziewczynki, to nic że sami chętnie zawieszą oko na ciut bardziej rozwiniętej nastolatce. To nic, że pozwalają swoim ledwienastoletnim córkom na noszenie się jak studentki. „Już mu tam pod celą pokażą chłopaki, rok na tyłku nie usiądzie, hehe” – nagle wymiar sprawiedliwości w Polsce, za społecznym przyzwoleniem, mają wykonywać sami więźniowie! Co to jest, samopomoc koleżeńska?!

Żeby było jasne: uważam, że za tego rodzaju udowodnione przestępstwa należy ucinać genitalia przy samej szyi. Tylko że robić to powinien kat w majestacie sądowego wyroku, a nie „chłopaki spod celi”!

Wiktor Suworow pisał w jednej ze swoich książek o listach gończych rozsyłanych za uciekinierami z radzieckich więzień. Nie wolno ich było publikować w gazetach (choć przecież tam można umieścić zdjęcia), ale w radiu – proszę bardzo. Dlaczego? W tak policyjnym kraju ujęcie poszukiwanych było kwestią czasu, więc inny był cel listów gończych czytanych przez spikera i podawanych z ust do ust . Z ust do ust – a więc z ciągłymi przeinaczeniami. Kilku kieszonkowców kryjących się po lasach zamieniało się w stuosobową uzbrojoną bandę idącą na Moskwę. Słuchacze, których wolność wyboru niewiele odbiegała od karty dań w łagrowej stołówce („możesz jeść albo nie jeść”), nagle zyskiwali poczucie sprawstwa. Mogli zdecydowanie i pryncypialnie potępić, podejrzliwie popatrzyć na każdego obcego, a nawet zażądać (naturalnie w rodzinnym gronie, bo na sądy też mieli zerowy wpływ) surowej kary dla zbiegów.

Właśnie, poczucie sprawstwa. Spójrz, jaki jesteś ważny, nabywco medialnej bomby. Skazując Breivika i doradzając Obamie, regulując kurs franka i reformując Kościół katolicki, jednoznacznie wskazując przyczyny katastrofy smoleńskiej i wypadku kolejowego w Babach pod Piotrkowem.

Właśnie to – i tylko to – świadczy o twojej ważności, zapamiętaj sobie! Musisz w to wierzyć. Inaczej (o zgrozo!) zechciałbyś zająć się sprawami, na które naprawdę mógłbyś mieć wpływ.

Zamiast jajek i zająca

Popatrz w niebo (jeśli czytasz to wieczorem), właśnie mamy pełnię księżyca. Gdy upływ czasu mierzono położeniem słońca i księżyca, ta pierwsza wiosenna pełnia była szczególna. 

Taką samą pełnię widzieli przebywający tysiące lat temu w Egipcie Izraelici. Zgodnie z tym, co przekazał im Mojżesz, pierwsza wiosenna pełnia miała być zakończeniem ich ponaddwuwiekowego pobytu poza ojczyzną, w tym prawie 100-letniej niewoli. Na pamiątkę tego wydarzenia do dziś Żydzi obchodzą Paschę i Święto Przaśników. Ponieważ właśnie w dniach tego święta Jezus Chrystus został uwięziony i stracony, do Paschy nawiązuje też Wielkanoc.

W jaki sposób Żydzi znaleźli się w Egipcie? Prozaicznie – przybyli tam „za chlebem”. Mówiąc dzisiejszym językiem, ich praprzodek Józef w czasie kryzysu załatwił tam pracę swoim braciom. Osiedlili się w delcie Nilu, a potem rozmnożyli tworząc wielosettysięczną społeczność.

Zmieniły się jednak warunki. Nowy władca uczynił z tych wolnych ludzi niewolników. Możemy dziś zapytać – dlaczego od razu nie wzięli nóg za pas i nie wrócili do starej ojczyzny? Przecież nowe porządki nie nastały z dnia na dzień. Dlaczego od razu nie poszukali wolności, choćby i w ościennych krajach? Faraon miał silną armię, ale nie miał systemu PESEL, ani nawet spisu powszechnego w którym byłaby jakaś „narodowość izraelska” będąca „zakamuflowaną opcją antyegipską”. Nawet w XX wieku zza żelaznej kurtyny, chronionej zasiekami, radarami i armią konfidentów ludzie uciekali „na Zachód”, więc nie przekraczało to chyba możliwości Hebrajczyków w starożytnym Egipcie.

Jakkolwiek to nie wyglądało, faraon w końcu wzmocnił straże i zielona wyspa na morzu kryzysu stała się więzieniem. Dopiero po latach Żydzi doczekali się Mojżesza, który w imieniu Boga przekazał swoim rodakom wiadomość o możliwości opuszczenia kraju niewoli. Po długich negocjacjach z faraonem pojawiła się nadzieja. Ostatnim wspólnym posiłkiem w niewoli miała być wieczerza paschalna.

Wyobraź to sobie. Wszyscy Hebrajczycy odprawiają nowy, nieznany obrzęd przekazany przez Mojżesza – ich rodaka, a zarazem byłego egipskiego księcia. Przy wiosennej pełni księżyca zbierają się rodzinami i w pośpiechu zjadają pieczonego baranka lub koziołka z macą i gorzkimi ziołami, a zebraną z zabijanego zwierzęcia krwią mażą framugi swoich domów. Wspólny posiłek integruje, ale to tylko rytuał. Sam z siebie nie daje wolności.

Teraz zaczyna się prawdziwy wybór. Trzeba zebrać swój dobytek i ruszyć w nieznane. Trzeba bezpowrotnie zrezygnować z nadziei, że w tym znanym systemie rzeczy ”kiedyś będzie lepiej”, że kiedyś faraon zmieni politykę, albo że przyjdzie nowy i znów będzie jak za starych dobrych czasów. Dodatkowo trzeba spalić za sobą mosty – pożyczyć co się da kosztownego od swoich egipskich sąsiadów i wyemigrować bez zamiaru oddania długu.

Biblia donosi, że Hebrajczycy wcale nie byli konsekwentni w swym wyborze. Kiedy wszystko szło jak trzeba, śpiewali i tańczyli, ale gdy tylko pojawiały się niewygody, zaczynało się wzdychanie za niewolą. „Tam przynajmniej mieliśmy garnki pełne mięsa.” „Lepiej było pozostać w niewoli u Egipcjan.” „Po coś nas tu wyprowadzał?”

Fakt, w niewoli było znacznie łatwiej. Ktoś decydował co człowiek ma robić i w co wierzyć. Ktoś decydował, jak się ubierać i co jeść. Ktoś dbał o to, żeby w ogóle było co jeść. Ktoś wyznaczał miesięczną, tygodniową albo dzienną ilość pracy i wynagrodzenie za nią. Czy praca była sensowna, czy w ogóle była coś warta, czy nadzorcy ktoś za nią zapłaci – niewolnika to nie interesowało. „Ja tu tylko przenoszę kamienie – o, z tego miejsca w tamto”. Można było sobie pożartować z nadzorcy, a nawet go nienawidzić, ale tylko po pracy i we własnym gronie. W oczy nikt mu tego nie powiedział.

Minęło półtora tysiąca lat z małym haczykiem i świątecznego baranka z gorzkimi ziołami jadł w wieczór przed aresztowaniem Jezus z apostołami. Minęły kolejne niecałe dwa tysiące i patrzymy na taką samą wiosenną pełnię.

Czasy się zmieniają, technologia się rozwinęła, ale księżyc jest ten sam i ludzka mentalność też niewiele się zmieniła. Tłum radośnie wychodził z Egiptu i ten sam tłum „szemrał”, jak określa to Biblia, z powodu niewygód na wolności. Tłum witał Jezusa w Jerozolimie i ten sam tłum cztery dni później demonstrował na rzecz jego stracenia. Wydarzenia „niedziela palmowa” i „powieszenie Jezusa” miałyby tyle samo lajków na ówczesnym Facebooku. Tyle samo „Lubię to!” uzyskałyby „Pascha” i „Przejadła mi się manna”.

Zjedzenie świątecznego posiłku z sąsiadami i krewnymi było przyjemne i proste, zwłaszcza że tej samej nocy pierworodni Egipcjanie – niezabezpieczeni znakiem krwi na drzwiach – mieli ponieść śmierć. Wybór „iść  czy nie iść” był już trudniejszy. Bóg dał Izraelitom sygnał do wyjścia, ale wyjść musieli już sami.

Ciekaw jestem, co sami byśmy wybrali w tej sytuacji, nie znając przyszłości.

Choć wędrówka przez pustynię była trudna i momentami niebezpieczna, choć podróżnicy nie ustrzegli się błędów, w końcu dotarli do Ziemi Obiecanej. Jej piękno i dostatek przekroczyły oczekiwania. Hebrajczycy musieli zmienić wiele w swoim życiu, z niewolników stać się samodzielnie myślącymi wolnymi ludźmi. Zamiast z obawy przed batem słuchać rozkazów nadzorców i faraona, nienawidząc ich a zarazem czcząc ich bożków, mieli zacząć świadomie słuchać przykazań jedynego Boga.

Co jest twoim Egiptem? Co cię ogranicza i niszczy, ale mimo wszystko w tym trwasz? Za czym zatęskniłbyś, choć to chore? Nałóg? Praca której nienawidzisz? Manipulujące tobą media? Towarzystwo, któremu chcesz zaimponować? Związek, który nie ma przyszłości? Religia która jest dla ciebie tylko pustym rytuałem i „wiarą ojców”, a nie twoim światopoglądem? Coś, co nie ma dla ciebie znaczenia ale „wszyscy tak robią”, więc i ty też? 

Co jest twoim Egiptem? I na co jeszcze czekasz, żeby z niego wyjść?